Katarzyna Wajda

Teraz jest jej czas

Dziesięć lat temu debiutowała w głośnym filmie Leszka Dawida „Jesteś Bogiem". Po latach wróciła, by zagrać u boku Michała Żurawskiego w serialu „Kruk" Macieja Pieprzycy. Dziś Katarzyna Wajda niczym Kate Winslet w „Mare z Easttown" zachwyca rolą aspirantki Zawiei w serialu „Odwilż ". W rozmowie z Prestiżem wspomina zdjęcia w Szczecinie, mówi o życiowych szansach, pokorze i spełnieniu w macierzyństwie.

Autor

Prestiż

„Dzielę się swoim macierzyństwem i drogą artystyczną” – piszesz na swoim Instagramie. Można pogodzić te dwie drogi? Być mamą i aktorką jednocześnie?

Trzeba dokonywać wyborów. Coś za coś. U mnie zawsze było i jest najważniejsze macierzyństwo. Gdy dzieci kiedyś wyjdą z domu, to chcę się realizować w swoich rzeczach, ale zawsze chciałam być przy nich, a nie zatrudniać nianię na osiem godzin, czy zaprowadzać je do żłobka. Miałam radość, że były ze mną i mogłam obserwować, jak rosną.

Ile lat mają Twoi synowie?

11, 9 i 7.

Masz wielodzietną rodzinę. Dziś to coraz rzadsze, zwłaszcza w dużych miastach, wśród młodych ludzi.

Pochodzę z dużej rodziny. Mam troje rodzeństwa i jestem najstarsza. Moja mama miała 41 i 42 lata, gdy rodziła ostatnie dzieci. Ja też myślałam, że będę miała więcej niż jedno dziecko, ale nie nastawiałam się na konkretną liczbę.

Katarzyna Zawieja, którą grasz w serialu „Odwilż” jest Twoim kompletnym przeciwieństwem, jeśli chodzi o macierzyństwo. Najważniejsze jest dla niej śledztwo, a córką zajmuje się dziadek.

Zawieja bardzo kocha swoją córkę, ale w pewnym momencie nie potrafi jej wytłumaczyć spraw związanych ze śmiercią ojca. Łatwiej jest jej uciec w śledztwo niż nawiązać kontakt z własnym dzieckiem, które jest jej dużym wyrzutem sumienia. Ona widzi błędy, które popełnia. Przechodzi poważny kryzys w życiu. Dopiero pod koniec serialu widzimy, jak otwiera się na macierzyństwo.

Ma misję...

Ma jakąś misję. Pewnie byłaby w depresji, mniej lub bardziej starałaby się sobie poradzić po śmierci męża, ale trafił się przypadek, który na tyle ją wciągnął, że odnalazła siebie.

Lubisz swoją bohaterkę?

Lubię, bardzo się z nią zżyłam i starałam w ogóle jej nie oceniać. Chciałam ją zrozumieć. Była ciekawą postacią.

Ona nie jest typową policjantką, jakie znamy z seriali np.

„Z Archiwum X”.

To było duże wyzwanie, coś zupełnie innego od tego, co grałam do tej pory. Aczkolwiek miałam jasno określone ramy jak ta postać ma być grana. Są różne zarzuty i zdania, w większości pozytywne, ale wiem, że przez niektórych takie aktorstwo minimialistyczne może być różnie przyjęte. Zawieja niczego nie udaje, a ja nie gram tylko nią jestem. To, w jaki sposób chodziłam, co mówiłam było spójne z tym w jaki sposób kamera jest prowadzona. To miał być jeden wspólny taniec.

Aspirantka Zawieja to Twoja pierwsza główna rola. Pamiętam Cię z roli żony Kruka w serialu o tym samym tytule.

Na początku byłam w szoku, że to się dzieje, że dostałam główną rolę. Zostałam zaproszona przez Violę Borcuch na casting. Kibicowała mi od samego początku i była dużym wsparciem. Nie było konkretnego założenia jak zagrać... Szukano kogoś, kto przyjdzie i obdarzy daną postać być może wrażliwością. Przygotowałam się. Wiedziałam, że będę miała do odegrania scenę przesłuchania Anki Janas, dlatego przed castingiem konsultowałam się m.in. z profilerami – ludźmi, którzy określają, kto może być zabójcą. No i dostałam tę rolę, choć sprawdzano mnie kilkukrotnie. Jednak od samego początku czułam porozumienie z Xaverym Żuławskim. On tę postać stworzył razem ze mną. Radość była ogromna, bo długo czekałam na taką szansę, ale po czasie pojawił się stres, że to nie jest drugoplanowa rola. Poczułam, że tylko na mnie spoczywa odpowiedzialność. Na planie starałam się o tym nie myśleć. Byłam pokorna. Wiedziałam, że dostałam szansę i muszę to dobrze zrobić, bo moją pracę zweryfikuje to widz i to w 61 krajach. Połączyłam kilka zawodów, by ta historia wciągała.

Jak się czułaś w Szczecinie?

Spędziłam w tym mieście dużo czasu... Prawie dwa miesiąca za pierwszym razem. Potem była długa przerwa – pół roku z powodu lockdownu. A gdy się skończył, to przyszła wiosna i pojawiły się zielone liście na drzewach, więc nie mogliśmy wrócić.

Na ekranie widzimy straszne, mroczne miasto.

Szczecin tak nie wygląda, ale takie były lokacje i założenie, że Szczecin ma mieć taki klimat. Widzowie, którzy widzieli „Odwilż” mówią, że to miasto odkryte na nowo. Dla mnie to miasto gdzieś w Europie. Tam nie ma  polskości wszędzie i o to chodziło. Szczecin jest tak pokazany, by widz mógł poczuć to miasto w każdym kraju. Ten klimat pomógł nam stworzyć covid, bo podczas zdjęć to miasto było martwe. Hotel - komenda, hotel - woda... Wracałam do pustego mieszkania i wychodziłam. To z kolei pomogło mi zbudować samotność Zawiei. Nie widziałam się z dziećmi.

Oglądałaś siebie w serialu?

Widziałam „Odwilż” ze znajomymi. Zrobiliśmy z mężem projekcję u nas w domu. To było dla mnie trudne doświadczenie, bo znajomi znają mnie z innej strony m.in. z przedszkola, a w serialu miałam do odegrania wiele trudnych scen. Miałam poczucie obnażenia. Znajomi jednak odbierali mnie jako postać. Moja mama też była w stanie to oglądać i odciąć się od tego, że to ja.

Odzwyczaiła się od tego, że córka jest aktorką?

Miałam 24 lata, gdy skończyłam szkołę teatralną, a zostałam Zawieją, gdy miałam 33. Tak się poukładało, choć byłam po debiucie w filmie „Jesteś Bogiem” Leszka Dawida.

Głośny film, grałaś Justynę... Co takie się stało, że nie miałaś więcej propozycji? Odcięłaś się?

To nie tak, że odcięłam od branży. Ona taka po prostu jest. Każdy ma swoją drogę w tym zawodzie. Nie ma dobrej ani złej. Każdy swoją ścieżkę musi wychodzić. Ja nie miałam propozycji. Nie było ich, a jak były, to mi nie odpowiadały.

Warto czekać aż zadzwoni telefon?

Nie, trzeba działać i żyć. Mam dystans do branży filmowej dzięki dzieciom. Po skończeniu szkoły aktorskiej wpadłam w życie rodzinne i nie miałam czasu myśleć, dlaczego ktoś do mnie nie dzwoni z propozycją pracy. Wiedziałam, że chcę być mamą i nie chcę być na planie, a jeśli już to tylko wtedy, gdy jest to przemyślana decyzja. Założyłam, że nie chcę grać w serialach i reklamach. Moje agentki były tym zaskoczone. Tłumaczyły, że nikt mnie nie zna, a ja odmawiam castingów. Ja i tak w końcu je odbębniłam, ale dopiero po macierzyństwie stałam się dojrzała. To się zaczęło od „Kruka”. Ten czas, żeby dojrzeć był mi potrzebny. A to, że nie byłam kojarzona z jakąś rolą pomogło mi w „Odwilży”. Moja cierpliwość i upór wygrały. Bałam się szufladki. Nie chciałam trafić do określonego typu ról i postaci. Zawieja była przekreśleniem moich wcześniejszych postaci – wspierającej żony czy ofiary przemocy. To postać samodzielna, bez relacji z jakimś facetem. Zastanawiam się, co powinnam po takiej Zawieji zagrać. Dostaję wiadomości z Hiszpanii, Brazylii, Kolumbii, gdzie „Odwilż” jest hitem. Dostałam kilka propozycji podobnych ról.

A Ty od tego uciekasz?

Mam ochotę zrobić coś zupełnie innego i będę o to walczyć.

A jak się nie uda?

Nie będę rozpaczać. Życie mnie nauczyło, że nie można się na nic nastawiać. Nie myślę, że teraz będzie tak i tak. Na początku swojej zawodowej drogi zagrałam w „Jesteś Bogiem”. Było głośno o tym filmie, taki debiut. „Wow, super”. Myślałam, że przynajmniej będę zapraszana na castingi, a była totalna cisza. Odzewu nie było, pogodziłam się z tym. Teraz jest zupełnie inaczej m.in. dlatego, że mam agentki, które tak jak ja mają dzieci i doskonale mnie rozumieją. Wcześniej, zestresowana dzwoniłam do własnych agencji i musiałam przepraszać, że żyję. Zapadłam się jak w studnię. Miałam w sercu niepokój, że pewnie już nigdy nie wrócę do zawodu, bo nie mam parcia. Nie chciało mi się nigdzie bywać, dzwonić do castingerów, nie miałam na to siły. Czułam, że to do mnie nie pasuje i jak coś ma przyjść to przyjdzie.

Ten problem dotyczy wielu wybitnych aktorek. Aleksandrę Konieczną, Dorotę Kolak i Agatę Kuleszę polskie kino też późno odkryło.

Fantastycznie, że coś drgnęło, ale tych ról dla kobiet wciąż jest za mało. Patrząc na naszą historię i literaturę, mamy mnóstwo ciekawych postaci kobiet. Tak jak historie mężczyzn, historie kobiet są ciekawe. Myślę, że „Odwilż” też była przełomem, choć wcześniej była „Wataha” z Olą Popławską. Cieszę się, że ten kierunek się utrzymuje. Ale jest luka wiekowa dla aktorek. Albo jest matką, ale jest za stara na babcię, ale nie pasuje na matkę małego dziecka. Od 40 do 50 jest taki moment w życiu aktorek. Mężczyzn ten problem nie dotyczy. Wydaje mi się, że nawet są bardziej atrakcyjni, gdy się starzeją albo coś zyskują. Z kobietami jest inaczej. Mężczyźni mogą grać policjantów, ojców, gangsterów, dziadków, nauczycieli, pisarzy. Kobieta albo wygląda za dobrze, albo jest za dojrzała.

Ostatnio ogromnym zaskoczeniem była rola Małgorzaty Foremniak w „Sonacie”. Widzowie po projekcji pytali z niedowierzaniem: „To jest doktor Zosia?”.

Wychodzimy ze schematu obsadzania po warunkach. Kto by pomyślał, że Charlize Theron może zagrać w filmie „Monster”? To jednak zupełnie naturalne w Stanach. W Polsce mamy bardzo wielu utalentowanych charakteryzatorów, aktorów, ale to kwestia zmiany myślenia.

A może wyjścia z polskości? Teraz mamy ciekawą sytuację, która dotyczy Ukrainek. Stereotypowo chcemy im dawać pracę w charakterze sprzątaczek, kucharek i pomocy domowych. A tymczasem...

Wiele z nich to piękne zadbane kobiety, które mają inne aspiracje niż myślimy albo przyjechały do Polski zostawiając na Ukrainie dobrze płatny zawód, na który pracowały latami. Moja znajoma prowadząca scecond hand, przygotowała paczki dla kobiet z Ukrainy. Większość to komplety dresowe, wygodne i ciepłe rzeczy. Gdy dziewczyny do niej przyszły, od razu zapytały, czy są sukienki, spódnice i buty na obcasie.

I jaka była reakcja?

Acha, ok... (śmiech). My myślimy, że najważniejsze jest ciepło i wygoda, a tymczasem każda kobieta chce się czuć pięknie i atrakcyjnie. Nawet w czasie wojny kobiety mówiły: „Nakręcałam włos na papiloty i smarowałam usta szminką, by czuć się godnie i dobrze, a potem wyruszałam na barykady albo szłam gotować obiad dla dzieciaków”. Schludność i poczucie, że człowiek wygląda i czuje się dobrze jest ważne. Są takie momenty, w których trzeba sobie na to pozwolić i zadbać o siebie.

Słyszałam, że Ty szyjesz na maszynie?

Tak, moja babcia była krawcową. Ciocia też szyła piękne rzeczy i haftowała. Ja też się tym zaraziłam. Maszynę do szycia kupiłam w trzeciej ciąży. Szyłam apaszki, worki do przedszkola. Gdy nie miałam pracy, myślałam, że będę je sprzedawać. Szyłam w ósmym miesiącu, nawet do drugiej w nocy stukałam w maszynę. Lubię prace plastyczne, manualne.

Masz na to czas?

Gdy ogarnę dom i wszyscy śpią, to tak.

Kto Cię wspiera w tym, żebyś mogła być aktorką?

Mąż i rodzina. Uważają, że powinnam to robić. Moje dzieci są odcięte od tego świata, ale przeżywały, że mama jest na wszystkich plakatach w Warszawie, chcieli oglądać „Odwilż”. Obiecałam, że zabiorę ich do Szczecina na motorówkę policyjną. Gdy pracowałam na planie „Odwilży”, mój mąż Mateusz przejął dzieci. Nie było mnie 1,5 miesiąca. To było dla mnie bardzo trudne, ale przychodził też dziadek, który pomagał. Męskie grono.

Może dobrze, że nie przychodziłaś z planu do domu?

To by się nie udało. Mieliśmy trochę zdjęć w Warszawie. Przez tydzień wracałam do domu wykończona po najtrudniejszych scenach np. bójki w tunelach. Wracałam do domu z niepokojem, co muszę zrobić? Poprzytulać, ugotować, ogarnąć, odkupić ten czas nieobecności, a na drugi dzień biec na plan.

A z tyłu głowy emocje...

Byłam w domu, ale psychicznie mnie nie było. Dzięki temu, że w Szczecinie byłam sama, udało się zagrać Zawieję.

Nazwisko masz filmowe?

Nie jestem córką Andrzeja Wajdy. To nazwisko mojego męża. Andrzej Wajda był dziadkiem stryjecznym mojego męża. Jak już wszyscy się dowiedzieli, to przestałam myśleć o tym, by wrócić do panieńskiego nazwiska. Mam cichą nadzieję, że będę pracowała na własne nazwisko i będzie kojarzone również ze mną. Chciałabym napisać własną, kobiecą historię.

 

Serial „Odwilż” jest dostępny w HBO Max. W każdą niedzielęo 20.10 kolejne odcinki serialu są emitowane w HBO.