Jakub Skrzywanek: Robię teatr z miłości do ludzi

Z Jakubem Skrzywankiem, nowym dyrektorem artystycznym Teatru Współczesnego rozmawiamy w momencie, który nie jest łatwy dla świata. Na ukraińskie miasta spadają bomby, giną ludzie. Tym bardziej ważna jest rola sztuki w przestrzeni publicznej. Skrzywanek nie wybiera prostych, gładkich tematów, nie podlizuje się widzowi. Szokuje, zmusza do myślenia, wyrzuca widza ze strefy komfortu.

Autor

Daniel Źródlewski

Nie sposób nie ulec wojennej atmosferze, stąd sięgam do militarnej terminologii: czy teatr to „broń” ofensywna czy defensywna?

Nie lubię tych porównań wojennych, choć one są często używane w kontekście mojej pracy, szczególnie przy bezsensownych atakach konserwatywnych publicystów czy polityków, którzy oczywiście nie widzieli spektaklu. A ja mam poczucie, że jeśli teatr po coś istnieje, to właśnie po to, żeby robić wszystko, by do takich konfliktów jak na Ukrainie, do ŻADNYCH podobnych konfliktów, nigdy nie dochodziło. Ewidentnie widać, że to co się dzieje na Ukrainie jest świadectwem na to, że zabrakło tam również przestrzeni na dialog, na wzajemne zrozumienie. Zabrakło przestrzeni na uczucia i emocje, a to są właśnie elementy przynależne teatrowi. Już od antyku teatr był świętą przestrzenią do rozmowy i reprezentowania pewnych tematów, osób, grup. Tak chcę widzieć współczesny teatr – jako miejsce, w którym w bezpiecznych warunkach możemy rozmawiać nawet na najtrudniejsze tematy.

To bliskie Twojej, uznawanej za rewolucyjną, choć tak naprawdę wracającą do źródeł czy pierwotnych idei, koncepcji powtórnego zdefiniowania idei teatru publicznego.

To bardzo oświeceniowa koncepcja, choć powstała 250 lat temu to dziś jest niezmiennie aktualna i to niemal w każdym punkcie. To z założenia była piękna fundacyjna idea, otwarta dla wszystkich obywateli. Celem powołania teatru publicznego było stworzenie przestrzeni artystycznej, która miała spajać i edukować społeczeństwo. I to się naprawdę przez te wielki udało, to jest wielki sukces. Mało jest miejsc na świecie, w którym teatr tak dużo znaczy jak w Polsce.

O wadze tego co mówisz, może świadczyć to, jak często w Polsce o teatr się kłócimy.

Mamy w kraju ponad 100 teatrów dramatycznych, dotowanych z publicznych pieniędzy. Choćby dlatego na teatrze publicznym spoczywa ogromna odpowiedzialność kulturotwórcza czy społeczna. Rozumiem teatr jako miejsce, które powinno być bardzo blisko społeczeństwa i na społeczeństwo mocno się otwierać. Widzę to na bardzo prostych czy podstawowych fundamentach – oprócz działalności produkcyjnej, czyli stwarzania spektakli, mamy obowiązek tak budować repertuar, tak dobierać twórców, by ten dialog ze społeczeństwem był pełny, nikogo niepomijający. Musimy na każdym kroku oddawać się głębokiej refleksji, być otwartym na sprawy społeczne. I co najważniejsze otworzyć szeroką przestrzeń edukacyjną. To jest dla mnie fundamentalne. Zresztą spójrz jak w ostatnim czasie pięknie rozwija się pedagogika teatru – to naprawdę piękny, mądry i wielce interesujący nurt. I mam nadzieję, że już pokazaliśmy to pierwszą „moją” premierą we Współczesnym, czyli „Edukacją seksualną” Michała Buszewicza.

To co mówisz, jest bliskie zagadnieniu „społecznej odpowiedzialności”, tak modnej ostatnio w środowiskach biznesowych czy wszelkiej maści korporacjach. Wszyscy chcą teraz pomagać – ludziom, zwierzętom, roślinom, planecie… Czasami wychodzi niezbornie, albo wręcz komicznie, ale rozumiem, że teatr chce inaczej „ratować świat”, użyć innych narzędzi.

Znów sięgnę do „Edukacji seksualnej” jako przykładu. Jesteśmy w sytuacji, ogromnego kryzysu w jakim znalazła się młodzież w Polsce – przez pandemię i lockdowny, a przede wszystkim przez zły system edukacji. Zły w rozumieniu ciągłych reform, które go po prostu psują, zły bo wciąż niedoinwestowany. I w ramach tego skrzywionego systemu mamy młodych ludzi, którzy mówią o potrzebie zdobywania rzetelnej wiedzy o swojej seksualności i tożsamości. A ten system, przez skandaliczne decyzje polityków, nie zaspokaja tych potrzeb! To My jako instytucja publiczna musimy tę odpowiedzialność wziąć na siebie!

Czyli jednak defensywnie?

Czekaj mam! To jest ciekawe! Jeśli My jesteśmy rzeczywiście w jakimś konflikcie – tu myślę akurat nie o wojnie, ale o naszym politycznym piekiełku, wewnętrznym konflikcie społecznym. No to moim podstawowym myśleniem, jako kuratora tej instytucji, jest to, żeby ten teatr, tych artystów, ale przede wszystkim widzów, czyli społeczeństwo wyciągnąć z tego konfliktu. Czyli ani nie ofensywnie, ani defensywnie….

Taka Szwajcaria? Pełna teatralna neutralność?

O tak! Albo taka teatralna forma debaty jak w Organizacji Narodów Zjednoczonych. I teraz dlaczego tak myślę – urodziłem się w 1992 roku i dla mnie na przykład idea Unii Europejskiej, takiego społecznego zjednoczenia ponad podziałami, także tymi narodowymi, jest nie tylko czymś pięknym, ale czymś oczywistym, zwykłym, normalnym, fundamentalnym. Chcę tego rodzaju myślenie o wspólnocie – tak wiem, nieco utopijne – przekładać na teatr. Chcę nieustannie wychodzić ze sporu. Tak właśnie się stało z „Edukacją seksualną”. Kwestia, która jest absolutnie najintymniejszą sprawą każdego człowieka, stała się politycznym orężem, bronią, „ideologią”, więc My nie wchodzimy w ten spór, nie kłócimy się, ale tego młodego człowieka tym zainteresowanego wyciągamy z tego. Wchodzimy w działanie, zapraszamy go do teatru. Tworzymy spektakl – piękny spektakl o relacjach i o uczuciach, o miłości. Bo artyści nie są przecież nauczycielami biologii, my zrobiliśmy spektakl o tym jak ważne jest, żeby ze sobą rozmawiać, nie bać się pytać i starać się szukać odpowiedzi. Przedłużeniem tego jest cały przebogaty pakiet edukacyjny. I tak rozumiem dziś teatr, tak rozumiem dziś teatr publiczny.

I zapewniam, że będę bardzo w tym stanowczy, nie zamierzam wchodzić i uczestniczyć w żadne spory polityczne, nawet jak mnie będą zaczepiać… Będziemy tu w Teatrze Współczesnym pokazywać ludzką twarz i ludzkie potrzeby. Zupełnie poza polityką!

Piękny manifest. Odważny. A propos „odważny” – jakie cechy charakteru powinien mieć reżyser?

Ja nigdy nie myślałem, że zostanę artystą. Widziałem siebie raczej jako urzędnika, czy pracownika w jakiejś instytucji kultury. Miałem iść na prawo, ale odważyłem się na tworzenie, najpierw w off-ie i tam nauczyłem się, że dzieło nie powstaje w próżni. Dziś bardzo dużo rozmawiamy o tym, jaki powinien być proces tworzenia. Wiem, że musi być proces bardzo podmiotowy.

Nie wierzę w model reżysera – demiurga, nie uznaję modelu mistrzowskiego. Myślę, że to się zużyło, pewnie przynosiło jakieś efekty, ale dziś jest już nieaktualne.

Do produkcji spektaklu „Śmierć Jana Pawła II” w poznańskim Teatrze Polskim zaprosiłeś grono ekspertów – był konsultant medyczny i pielęgniarski, byli konsultanci językowi i prawnicy. Do „Edukacji seksualnej” zaprosiliście młodzież, by pomogli rzecz „napisać”. Podobnie będzie przy będącym już w próbach „Spartakusie”, gdzie będziesz współpracować z ekspertami z zakresu psychiatrii dziecięcej.

Teatr jeśli chce mieć coś do powiedzenia, musi zacząć słuchać. To jest dla mnie fundamentalna przestrzeń twórczości. Musimy zacząć słuchać rzeczywistości, a jeśli już chcemy być ekspertem w jakiejś dziedzinie, to jesteśmy ekspertami w dziedzinie opowiadania. Mam poczucie, że My jako społeczeństwo, dzięki rozwojowi technologicznemu, coraz więcej wiemy. Każdy w zasięgu ręki, w kieszeni ma telefon z dostępem do internetu, a tam największą bibliotekę świata, z całą jego wiedzą.

Mój Przyjaciel mawia, że „dziś każdy ma w kieszeni, w telefonie – Boga”.

Zużył się już mit, o tym, że ktoś wie więcej od nas. To założenie dziś jest naiwne, przemocowe, głupie, złe. My jesteśmy od słuchania tych, którzy wiedzą, zdobyli jakieś doświadczenie i nim mogą się z nami podzielić. To jest pierwszy fundament teatru, a drugim powinny być słowa, które niedawno wypowiedział chyba rektor stołecznej Akademii Teatralnej Wojciech Malajkat: „Teatr nie może krzywdzić”. Na każdym poziomie. I w procesie tworzenia i eksploatacji. Nikt nie ma prawa krzywdzić, nawet w imię choćby najwspanialszego dzieła. Do tego powinna sprowadzać się rozmowa o #metoo czy innych zwyrodnialstwach. Musimy teraz wszystkim dookoła dać narzędzia, by potrafili tę przemoc rozpoznawać i by jej nie ulegać.

Jak zatem wygląda Twój reżyserski „warsztat”. Co jest początkiem twórczego procesu?

Przestrzeń do opowiadania w teatrze tworzy się dla mnie z pewnego rodzaju potrzeby zrozumienia albo zmierzenia się z jakimś tematem. Dla mnie zawsze mocno indywidualnym czy wręcz intymnym. Podjąłem się realizacji „Śmierci Jana Pawła II”, bo potrzebowałem zmierzyć się z tematem śmierci, po tym jak obok siebie jej doświadczyłem. To była dla mnie przede wszystkim próba zrozumienia samego siebie, rozpoznania pewnych procesów. W przypadku wcześniejszych „Opowieści niemoralnych” i przyszłego „Spartakusa”, to moja niezgoda na rzeczywistość. Bo jak nie zareagować na wręcz systemową przemoc wymierzoną czy to w kobiety, uchodźców, czy wreszcie w środowiska LGBTQ+? Powiedzenie NIE jest po prostu w tym momencie elementarną powinnością. Powiedzenie NIE, jest dla mnie działaniem etycznym i moralnym. Moi rodzice byli nauczycielami, ale też aktywistami opozycyjnymi, a dziś także społecznikami. Ewidentnie odziedziczyłem sporo po nich (śmiech).

Czyli najpierw jest myśl, pomysł, a potem dobór narzędzi – warstwy literackiej czy formalnych, realizacyjnych pomysłów.

Mój debiutancki spektakl „Cynkowi chłopcy” tak powstał.

To była reakcja na wydarzenia z 2015 roku na wrocławskim Rynku, gdy podczas prawicowej demonstracji antyemigracyjnej spalono kukłę Żyda. To mi zburzyło świat, zanegowało moje myślenie o rzeczywistości. Nie wyobrażałem sobie, że można będzie jeszcze kiedyś zobaczyć takie obrazy. „Cynkowi chłopcy” i „Mein Kampf” to jest właśnie mój mocny głos, żeby zatrzymać przemoc. Nigdy więcej! A wracając do rytmu pracy – najpierw temat, potrzeba, a potem faktycznie poszukiwania pomysłu opowieści, ale nie rozumianego jako literackie podłoże.

Za każdym razem są to bardzo autorskie koncepty, zawsze inne.

Ja nie jestem inscenizatorem, próbowałem to kilka razy zrobić, ale nie czuję, że to jest moja droga teatralna. Cenię to oczywiście u innych, tu wspaniałym przykładem jest Ania Augustynowicz. To dla mnie reżyserka-poetka, ze znakomitym teatralnym słuchem, ale u mnie te projekty są bardziej… patchworkowe.

W niektórych spektaklach, choćby szczecińskim „Kasparze Hauserze” ów patchwork, szczególnie w warstwie literackiej, niebezpiecznie zbliżył dzieło do zaczerpniętego ze sztuk wizualnych konceptualizmu. Bez wnikliwej znajomości materiału czy intencji twórcy, trudno rzecz w pełni zrozumieć.

To jest problem dla każdego artystycznego ego (śmiech), ale ja wciąż szukam nowych narzędzi, nowych form opowiadania.

Ta, która mnie teraz zajęła to forma rekonstrukcji i ona bardzo się sprawdza. Może nawet jest bliższa sztuce konceptualnej, bo faktycznie fundamentem jest przestrzeń wizualna, czy nawet samo doświadczenie, a mniej literatura. Ale gwarantuję jest hiperkomunikatywna dla widza.

Czy można już mówić o stylu Jakuba Skrzywanka? Czy w Twoich poszczególnych pracach widać jakieś wspólne elementy – powiązania, nawiązania, przenikania?

Mój język teatralny idzie w nową przestrzeń, widzę to, czuję. Konkretyzuje się, systematyzuje. Nie wiem czy taki już będzie zawsze, mam nadzieję, że nie (śmiech). Niech się nieustannie zmienia. Niech pomagają mi w jego określaniu coraz to nowi ludzie, których będę na swojej drodze spotykać. Ja uwielbiam ten teatralny tłum, uwielbiam próby, kiedy jesteśmy razem. Nie lubię samotności. Ania Augustynowicz kiedyś mi powiedziała… głupio mi trochę to cytować, ale myślę, że nikt nie powiedział o mojej pracy czegoś bardziej trafnego... Więc, powiedziała, że widzi po mnie, że kocham ludzi, a najlepiej robić teatr z miłości właśnie.

Jesteś także autorem dramatów. Wydałeś „Pogrom alfonsów, Warszawa 1905” oraz „To my jesteśmy przyszłością!”. W Szczecinie współtworzyłeś „Kobietę zagrożoną niskimi świadczeniami emerytalnymi” w brawurowym wykonaniu Marii Dąbrowskiej. Będziesz kontynuować tę twórczość?

Ja już na studiach zauważyłem, że napisane dramaty mi nie wystarczają. Bylem trudnym studentem (śmiech). Musiałem sobie sam pisać. A teraz ta droga pisarska się doprecyzowuje. Właśnie skoczyliśmy pisać „Śmierć Jana Pawła II”, kończymy pisać „Spartakusa”. To są publikacje bardzo innowacyjne, chyba nikt tak jeszcze nie pisał scenariuszy teatralnych. Przegotowuje utwory dramatyczne w dość oryginalnej formule, nazywam to instrukcjami do rekonstrukcji. Teraz na przykład to będzie takie trochę „Śmierć Jana Pawła II” – zrób to sam. Każdy będzie mógł zrobić ten spektakl w swoim teatrze. Przeszczepiam na teksty to, co zrobiłem na scenie, czekając bardzo niecierpliwie na to aż ktoś po nie sięgnie.

A widz? Czy to będzie tylko lektura specjalistyczna dla twórców?

Nie, to będzie czytelne dla wszystkich. To będzie rozszerzenie tego co i jak chcę mówić w teatrze.

Jesteś teatrem przesiąknięty, teatr wręcz kipi z Ciebie. Wracasz z teatru do domu, a tam… Twoja partnerka Justyna Sobczyk, reżyserka, założycielka Teatru 21. To może prowadzić do niebezpiecznego wrzenia albo niekontrolowanej eksplozji.

Poznaliśmy się podczas Olimpiady Teatralnej we Wrocławiu, gdy miasto było Europejską Stolicą Kultury. Zafascynowała mnie najpierw jako reżyserka, jako absolutnie niesamowita artystka. To dla mnie pionierka i rewolucjonistka, szczególnie w przestrzeni pedagogiki teatru. Jej Teatr 21 to unikatowe zjawisko. Potem zafascynowała mnie w ten drugi sposób… I faktycznie nasz dom jest bardzo teatralny i pełen miłości. To jest doświadczenie piękne, choć czasami trudne. Wyobraź sobie dwójkę reżyserów, każdy w swoim twórczym procesie, dwie osoby w stanie skupionym wyłącznie na sobie, a jednocześnie próbujący nieustannie dawać sobie bliskość i ciepło. To są trudne momenty, ale dopełniamy się i dużo się od siebie nawzajem uczymy. Jestem losowi bardzo wdzięczny, że się spotkaliśmy. Gdyby nie Justyna i jej wsparcie, a przede wszystkim cierpliwość, nie zdecydowałbym bym się na przyjazd i pracę w Szczecinie.

A gdzie uciekasz? Jeśli nie teatr to co?

Kocham podróżować i kocham góry! Chciałem kiedyś być ratownikiem GOPR-u się, ale… skręciłem kolano. Chwilę przed planowanym wyjazdem w wysokie Alpy. No i kiedy nie mogłem się wspinać, to skupiłem się bardziej na teatrze i tak mi zostało…

Musisz się z Mirkiem Gawędą (dyrektor naczelny Teatru Współczesnego) zamienić na gabinety, bo On ma widok na Góry Bukowe.

Ha! A ja mam na morze (śmiech)!

No… trochę naciągane, po prostu Twoje okna wychodzą na północ.

Jestem chłopakiem z Dolnego Śląska, nie znałem wcześniej takich widoków na otwarte akweny, na port. I wiesz co, mnie ten widok nieustannie wzrusza. Przypomina mi się jak pierwszy raz z rodzicami widziałem morze. To było w Świnoujściu. To tak zawsze jest, że marzy się o tym, czego się nie ma. A że życie mnie tu przywiało, to korzystam i niemal każdą wolną chwilę wykorzystują na poznawanie nieznanej mi „Północy”. Gdy pracowałem w Szczecinie nad „Kasparem Hauserem” w każdą niedzielę musiałem być nad morzem.

Jaki będzie Teatr Współczesny pod Twoją artystyczną kuratelą?

Taki jak osoby, które go nieustannie tworzą. W Szczecinie mamy wspaniały zespół, pełen ciepłych, troskliwych i mądrych osób. Będziemy wspólnie wsłuchiwać się w to co ważne i starać się o tym opowiadać. Patrząc jak nasz zespół w ostatnich dniach zaangażował się w pomoc osobom uchodźczym z Ukrainy, wiem, że to ludzie o wielkich sercach i bardzo jestem im za to wdzięczny. Opiekujemy się jako zespół kilkoma rodzinami, do naszego teatru osoby z Ukrainy mogą przyjść za 1zł na spektakl, a niebawem, będziemy organizować warsztaty i zajęcia, które pomogą w integracji tej społeczności. Jestem dumny, że stałem się częścią tego zespołu.

Szczecin będzie w Twoim artystycznym rejsie będzie chwilową przystanią czy portem macierzystym?

Nie będę, czy to w konkretnym miejscu czy w teatrze w ogóle, za wszelką cenę. Gdy nie będę mógł tworzyć na swoich zasadach, to nie będę tworzyć wcale. Nie ugnę się w kontekście politycznym, nie wyobrażam sobie tworzyć teatru w ramach narzuconych ram, norm, cenzury czy nawet autocenzury.

Teatr musi pozostawać przestrzenią wolną i wolność dawać wszystkich – artystom i odbiorcom. Teatr nie może się bać.

To jest fundamentalne dla mnie. I właśnie tutaj w Szczecinie mam poczucie wielkiej wolności i jestem za to bardzo, bardzo, bardzo wdzięczny. A znam przecież doświadczenia moich kolegów w innych miastach. Szczecińscy włodarze i urzędnicy przystali na propozycję zespołu i dyrekcji, żebym tutaj przyszedł. Myślę, że w żadnym innym mieście nie było by to możliwe. Będę tu tak długo, dopóki z tej wolności będę mógł korzystać.

Teatr Współczesny mimo szumnych zapowiedzi wciąż nie doczekał się swojej siedziby. Będziesz walczyć?

Sam doskonale wiesz w jakich warunkach tu pracujemy. Każdy kto był za naszymi kulisami jest zdziwiony, a nawet przerażony. Jesteśmy jednym z najważniejszych teatrów w Polsce, a wciąż nie mamy własnej siedziby. Ktoś mi ostatnio przyniósł artykuł prasowy z 2017 roku, w którym pada, że już lada moment Teatr Współczesny wyprowadza się z Muzeum Narodowego i przechodzi na swoje. I co? Jesteśmy 5 lat dalej, ale dalej w tym samym miejscu. Fakt jest taki, że ten teatr w tym miejscu, z takim zapleczem nie jest w stanie funkcjonować i mówię, to bardzo odpowiedzialnie: JESTEŚMY W SYTUACJI ROZPACZLIWEJ. Stąpamy po bardzo kruchym lodzie. Zdaję sobie sprawę, że czasy, nie są najlepsze, ale kiedy są, wszystkie inne instytucje doczekały się już remontów, a my? Jeśli natychmiast nie podejmiemy decyzji to się… rozsypiemy. Osobnym tematem jest kwestia, że my nie jesteśmy w stanie uczciwie pełnić swojej roli – mówimy o tworzeniu otwartego teatru, budujemy ofertę dla wszystkich, a nasza siedziba nie jest przystosowana choćby do obsługi osób niepełnosprawnych. To jest skandal. Mamy XXI wiek, to jest poza standardami. Wiem, że przedstawiciele miasta to wiedzą i rozumieją, ale My natychmiast potrzebujemy decyzji i działania i będę o to walczył, to także część mojej pracy.

Czyli defensywa!

Nieustanny dialog!

Zatem rozmawiajmy! Dziękuję za tę naszą.

Prestiż  
Marzec 2022