Praca jest moją pasją

Rozmowa z Victorią Vatutiną, sopranistką szczecińskiej Opery na Zamku o pasji, fascynacjach, czym jest opera, szczecińskiej publiczności, marzeniach scenicznych i jak trudno być na scenie jednocześnie aktorem i śpiewakiem operowym.

Autor

Dariusz Staniewski

Dlaczego wybrała Pani karierę śpiewaczki operowej? Kiedy podjęła tę decyzję? Co Panią skłoniło do wybrania tej drogi życiowej?

Muzyka i teatr fascynowały mnie od kiedy pamiętam. Oglądając w trakcie studiów muzycznych przedstawienia w Operze Lwowskiej przekonałam się, że ten gatunek wymaga większego scenicznego wysiłku niż teatr dramatyczny. Kiedy opera jest „grana” nie tylko głosem, ale całym ciałem, intensywność doświadczenia staje się oszałamiająca. Efekt odczuwa nie tylko śpiewak, ale także publiczność. Swoje poszukiwania, dotyczące zakresu panowania nad własnym ciałem i głosem, kontynuowałam na licznych warsztatach i zajęciach w teatrze dramatycznym, opanowując stopniowo różne metody aktorskie i techniki wokalne. Uprawiam sztukę śpiewu operowego, żeby znaleźć metodę nasycania przekazu aktorskiego emocją, zawartą w muzyce. Gdy byłam dzieckiem, uwielbiałam mit o Orfeuszu, bo marzyłam o tym, by mieć jego umiejętność poruszania skał. 

Co jest takiego w operze, że ludzie nadal ją kochają, pragną jej, potrzebują?

Odpowiedź można by było zawrzeć w jednym słowie – intensywność. Miara aktywności psychofizycznej i intensywność samopoczucia scenicznego w operze jest wyjątkowo wysoka. Śpiewak-aktor żyje jednocześnie od „kocham” do „nienawidzę” i od „wysokiego c” do „wysokiego c”. Teatr operowy wiąże kulminację dramatyczną z kulminacją wokalną. Taka kulminacja, doprowadzona prawidłowo i bezbłędnie wykonana przez artystę, powoduje eksplozję energii nieosiągalną w żadnej innej sztuce performatywnej. Mocy kulminacji operowej nie sposób się oprzeć. Właśnie takie momenty uniesienia wywołują łzy wzruszenia i stale potwierdzają wyjątkową siłę opery wpływającą na człowieka obecnego zarówno na scenie, jak i na widowni.

Co spowodowało, że postanowiła Pani występować na deskach Opery na Zamku? Jakie argumenty Panią do tego przekonały? 

Opera na Zamku ma w sobie coś specjalnego, moim zdaniem, ze względu na jej kompaktowość, kameralność. To się też chyba przekłada na zespół, bo w ciągu pierwszego sezonu już byłam zżyta z artystami wszystkich działów (o działach technicznych nie wspomnę, bo w każdym teatrze odnajduję się bardzo szybko z ich pracownikami. Dodam też, że bardzo cenię sobie komplementy i gratulacje po spektaklu od pracowników technicznych, bo ci ludzie są bardzo dobrze osłuchani, naprawdę znają się na teatrze). Nie miałam odczucia, że mi się przypatrują, że oceniają, że muszę się najpierw sprawdzić, a potem mnie zaakceptują. Dla takiej atmosfery warto tu pracować. Ludzie są tu bardzo entuzjastyczni. Lubię to! Nikt mnie nie namawiał i nie przekonywał, by przejść tu na etat, sama się zgłosiłam. No i nie odmówię sobie zachwytu nad tutejszą akustyką. Ta opera dobrze brzmi!

Jaka była Pani pierwsza rola w Operze na Zamku?

Jako gościnna solistka w 2014 roku zaśpiewałam Adinę w „Napoju miłosnym” Donizettiego, a w 2017 roku zaśpiewałam Violettę w „Traviacie” Verdiego. Moim debiutem jako solistki etatowej – był Oscar w „Balu maskowym” Verdiego. O ile dobrze pamiętam. (śmiech)

Jak Pani ocenia szczecińską publiczność? Różni się od tych, jakie do tej pory Pani spotykała w swojej karierze?

Mam problem z odpowiedzią na to pytanie. Nie rejestruję głośności oraz długości oklasków podczas spektaklu. Generalnie mało pamiętam, co i jak się odbywało na scenie. Dopiero na nagraniu video widzę i przypominam sobie swoje działania. Jedyne, na co zwracam uwagę, to krępująca cisza, która czasem rozbrzmiewa po wykonanym numerze, kiedy dyrygent licząc na oklaski opuszcza ręce, a oklasków nie ma. (śmiech) Trudno zinterpretować taką ciszę, bo nie wiadomo, czy się nie podobałam czy odwrotnie – widownia milczy zachwycona. (śmiech) I po drugie, zabraniam sobie postrzegania publiczności jako jakiegoś jednego zbiorowego organizmu. Pracuję dla każdego pojedynczego człowieka na widowni, wierzę w odrębność i indywidualność zasiadających na widowni słuchaczy.

Czy trudno być na scenie jednocześnie aktorem i śpiewakiem operowym?

Tak, trudno! (śmiech) Jak mówił Stanisławski, artysta operowy ma do czynienia nie z jedną, ale z trzema sztukami naraz, czyli z wokalną, muzyczną i sceniczną. W operze teatr zrasta się z muzyką, partia jest rolą, a rola jest partią. Wszystkie elementy scenicznej egzystencji są determinowane procesem wokalizacji w akustycznych warunkach ogromnych przestrzeni. Rytm i tempo poruszania się, gestykulacja, mimika, postawa, uniesienie głowy, rysunek sylwetki, słowem wszystkie zasoby gry aktorskiej są bezpośrednio związane z projekcją głosu w stronę widowni. Konflikty dramatyczne i uczucia postaci powinny pojawiać się i narastać w soliście z matematyczną precyzją, dokładnie tak, jak kompozytor zapisał w partyturze. Co więcej, aktorom teatru operowego na scenie bez przerwy towarzyszy monitoring fizjologicznych odczuć związanych z techniką wokalną. Musimy podejmować tytaniczny wysiłek, żeby być wiarygodni jako postaci. Nawet z szeroko otwartymi ustami, kiedy trzymamy górny dźwięk. (śmiech) 

Jaka była najtrudniejsza rola w Pani karierze?

Zawsze odpowiadam, że najtrudniejsza będzie następna. (śmiech) Jeżeli chodzi o role, które już zaśpiewałam, to logicznie byłoby powiedzieć, że ta pierwsza. Tym bardziej, że zadebiutowałam partią Violetty Valery, może najtrudniejszą w całej literaturze operowej. Inscenizacja również nie była łatwa. Tomasz Konina we wrocławskiej inscenizacji 2006 roku użył genialnej partytury Verdiego jako podkładu muzycznego do swojej własnej fabuły. Akcję umieścił w sanatorium, przypominającym szpital psychiatryczny, a Violetta została kochanką… ojca swojego kochanka. Miałam nie lada zadanie… (śmiech)

A ulubiona rola?

Jeżeli chodzi o samo śpiewanie, to najlepiej chyba śpiewa mi się Paminę w „Czarodziejskim flecie” oraz Rozynę w „Cyruliku sewilskim”. Mój głos jest najsprawniejszy, kiedy śpiewam Mozarta, Rossiniego, Donizettiego, Verdiego. Ulubione role? Na pewno zmieniłam swoje podejście do tak zwanych „psotnic” i kokietek. Już je lubię! (śmiech)

Jakiej roli na pewno nie chciałaby Pani zagrać?

Oj, na pewno nie chciałabym zagrać tych wszystkich ludzików i elfików. Już swoje odegrałam… (śmiech)

A jaką najchętniej by Pani zagrała? O jakiej Pani marzy?

Dużo z Mozarta, dużo z epoki belcanta, Verdiego, Pucciniego, na pewno Händla i Glucka, „Manon” Masseneta, Marguerite z „Fausta” Gounoda, Leilę w „Poławiaczach pereł” Bizeta, „Adrianę Lecouvreur” Cilea. Proszę mi wierzyć, lista jest dosyć długa! (śmiech)

Jakie było Pani najtrudniejsze przeżycie na scenie?

Odpukać, jeszcze nic naprawdę trudnego mi się na scenie nie przydarzyło. Nie złamałam ręki ani nogi, nie spadłam z rusztowania itd. Ale takie wypadki koledzy miewają, śmieszne to wcale nie jest…

Chętnie uprawia Pani również inne gatunki muzyczne, np. jazz? Czy to tylko tzw. odskocznia, tak dla odprężenia od czasu do czasu? Nie myślała Pani o tym, aby skoncentrować się właśnie na tym?

Sięgam po inne style nie tylko dla przyjemności. Szukam interpretacyjnych rozwiązań tych samych „kocham” czy „nienawidzę” u mistrzów bluesa, jazzu, muzyki folk. Mnie interesuje ekspresja, język muzyczny oraz styl mają dla mnie drugorzędne znaczenie. Chociaż blisko mi, oprócz wspomnianych stylów, do soulu, muzyki funk, tradycyjnej muzyki ludowej. Uważam, że im szersza jest muzyczna erudycja śpiewaka, tym głębsza będzie jego własna interpretacja artystyczna w każdej stylistyce.

W czym będzie można Panią zobaczyć, kiedy miną obostrzenia związane z pandemią?

Jeśli wszystko będzie dobrze, to w lutym zaśpiewam Adinę w "Napoju miłosnym” Donizettiego oraz Julię w "Romeo i Julii” Gounoda.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

Victoria Vatutina – sopran

Absolwentka Akademii Muzycznej we Lwowie, laureatka Grand Prix w Międzynarodowym Konkursie Wokalnym „Sztuka XXI wieku” w Kijowie. Zadebiutowała w 2006 roku w Operze Wrocławskiej partią Violetty Valery w „Traviacie” Verdiego. W latach 2007–2017 była solistką Opery Nova w Bydgoszczy, obecnie jest związana z Operą na Zamku w Szczecinie. Występuje m.in. w takich operach, jak:  „Cos fan tutte” (Fiordiligi),  „Czarodziejski flet” (Pamina),  „Wesele Figara” (Susanna),  „Cyrulik sewilski” (Rozyna),  „Napój miłosny” (Adina),  „Rigoletto” (Gilda),  „Bal maskowy” (Oscar),  „Cyganeria” (Mimi, Musetta),  „Gianni Schicchi” (Lauretta),  „Carmen” (Micaela).

 

Prestiż  
Grudzień 2020