Młoda energia

Są młodzi, bardzo zdolni, pełni życia i pozytywnej energii. Łączy ich miłość do sztuki, otwartość, pewna już mądrość życiowa oraz miasto w którym mieszkają. Jak mówi jedna z naszych bohaterek: „ciągle pokutuje pogląd, że młody człowiek jest za młody, by robić pewne rzeczy i robić je dobrze. Tylko, że nie wiek nas definiuje, tylko charakter i umiejętności. Dlatego warto dać szansę tym umiejętnościom”. My daliśmy. Wysłuchaliśmy pięcioro z nich, a Miguel Gaudencio zaprosił ich przed swój obiektyw. 

Autor

Aneta Dolega

Patrycja Ilcewicz

Studiuję Architekturę Wnętrz i Przestrzeń Wirtualną. Łączę to z robieniem zdjęć. Wychodzę z założenia, że sztuka jest sztuką. Wszystko jest podobne i wszystko się przydaje, a wnętrza z fotografią świetnie się ze sobą łączą.

Kiedy zaczęłaś robić zdjęcia?

Robię zdjęcia właściwie od dziecka. Najpierw były to tzw. błahostki – kwiatki, pszczółki, itp. Później odłożyłam aparat na półkę i odkurzyłam go dopiero w liceum. Pierwsza sesja odbyła się w plenerze. Zabrałam na nią koleżankę. Zdjęcia zrobiłyśmy nad jeziorem Szmaragdowym. Efekt był na tyle dobry, że drogą pantoflową rozeszło się, że jestem fotografem. Zaczęły się portrety, imprezy okolicznościowe… Krok po kroku, z roku na rok zaczęło mi tych zleceń i projektów przybywać, aż pewnego dnia stwierdziłam, że chyba jednak powinnam wejść w fotografię głębiej. Jestem w tym temacie samoukiem. Wszystkiego nauczyłam się sama i nadal się uczę.

Najbardziej lubię robić portrety, dobrze się czuję w fotografii fashion, dlatego, że uwielbiam pracować z ludźmi. Każdą fotografowaną przez siebie osobę staram się najpierw lepiej poznać, żeby zbudować coś ciekawego i coś z tej osoby wydobyć. Nie interesują mnie „puste” zdjęcia. 

Zarabiasz już na swojej pasji?

Mam już za sobą kilka komercyjnych sesji. Możliwości jest wiele, sposobów na dotarcie do potencjalnych klientów również. Otaczamy się zdjęciami, wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się w Internecie. W przypadku fotografii portretowej zauważyłam, że kobiety, bardziej niż kiedyś, są świadome siebie. Chętniej stają przed obiektywem. Pragną mieć pamiątkę w postaci ładnych zdjęć, dzięki którym poczują się lepiej, poczują się dowartościowane. Nie narzekam zatem na brak zajęć.

Jesteś bardzo młodą osoba, masz dopiero 20 lat. Czy zdarzyła ci się kiedykolwiek sytuacja, że ze względu na wiek nie potraktowano ciebie poważnie?

Miałam taką sytuację w zeszłym roku, w trakcie pokazu mody Fash’n’Act. 

Tak się złożyło, ze podczas pierwszej prezentacji byłam wśród fotografów jedyną kobietą, do tego bardzo młodą. Oprócz mnie, zdjęcia robiło jeszcze dwóch panów. Pamiętam, że jeden podszedł do drugiego się przywitać. Idąc spojrzał na mnie, po czym się odwrócił… i tyle. Poczułam się nieco dziwnie, trochę zestresowana, trochę zmieszana, ponieważ zawsze myślałam, że fotografowie, fotoreporterzy tworzą pewną społeczność i trzymają się razem… a to wyglądało jakbym została po prostu zignorowana. Nie wiem dokładnie, czy to ze względu na wiek, czy może ze względu na płeć… trudno mi to ocenić. Pamiętam tylko, że po jakimś czasie nasza „relacja” zaczęła się prostować. Nikt, w trakcie robienia zdjęć, nie wchodził sobie w drogę, a panowie częściej zerkali na mnie, jak robiłam zdjęcia. Nie wiem, może nie byli pewni, czy w ogóle potrafię (śmiech)?

Jak się mieszka młodej osobie w Szczecinie? To miasto lubi młodzież?

Brakuje miejsc, czegoś w rodzaju kół zainteresowań, które skupiają młodych ludzi o takich samych lub podobnych pasjach. Zauważyłam, że pomimo ciągłego rozwoju Szczecin nie inwestuje w młodych ludzi, a przecież to młodzież jest ponoć przyszłością tego miasta. Odnoszę wrażenie że nam się nie ufa. Sama często, kiedy pracuje nad jakimś zleceniem nie mówię ile mam lat. Niestety ciągle pokutuje pogląd, że młody człowiek jest za młody, by robić pewne rzeczy i robić je dobrze. Nie zawsze jest to prawdą, bo nie wiek nas definiuje, tylko charakter i umiejętności. 

A jak się żyje w Polsce?

Polska jest pięknym miejscem, czego niestety nie można powiedzieć o ludziach, szczególnie przez pryzmat tego, co się ostatnio dzieje.

 Nie jesteśmy tolerancyjnym krajem, a wystarczy spojrzeć na naszych zachodnich sąsiadów, żeby zobaczyć, że można żyć normalnie. Podobnie jak wielu moich rówieśników, myślałam żeby stąd wyjechać. Nie czujemy się tu dobrze. A szkoda, bo ja kocham ten kraj. Na razie jestem na studiach. Może po ich ukończeniu powędruję gdzieś dalej. Jeszcze nie wiem.

Twoje marzenia.

Jednym z moich marzeń jest połączyć studia z fotografią, założyć własny biznes. Stworzyć taką grupę, takie miejsce, gdzie młodzi ludzie, pasjonaci z różnych kierunków artystycznych, nie tylko architekci, fotograficy, ale też np. graficy, mogliby pracować w jednej przestrzeni, niekoniecznie przy tym samym projekcie,ale razem. 

 

Sandra Klara Januszewska 

Na studia wyjechałam do Krakowa na Akademię Muzyczną, studiowałam śpiew operowy. Miałam okazję być również przez rok w  londyńskiej Royal Academy of Music, w ramach programu Erasmus, gdzie pracowałam z niesamowitym profesorem Rylandem Daviesem, który występował na scenie z największymi. Związałam się ze szczecińską operą, ale sytuacja pandemiczna spowodowała, że zaczęłam uczyć śpiewu i muzyki. Uważam, że śpiew jest dla każdego.

Czemu opera, a nie np. lepiej sprzedający się pop?

Kiedy pytano mnie, gdy byłam dzieckiem, co chcę robić, kiedy będę dorosła, zawsze odpowiadałam: Ja chcę śpiewać w chórkach! (śmiech). Mówiąc to miałam na myśli chórki, które towarzyszą na koncertach znanym wokalistkom. Poszłam więc do szkoły muzycznej, a później do zwykłego liceum, gdyż w tzw. międzyczasie wymyśliłam sobie, że muszę zostać najmądrzejszym człowiekiem na Ziemi i pracować w NASA. Jednak po czasie i  głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że wolę jedynak być człowiekiem szczęśliwym. Zatęskniłam za muzyką. Wybrałam klasyczny śpiew operowy, gdyż na inne kierunki muzyczne byłam już zwyczajnie za stara. Okazało się, że całkiem dobrze mi idzie i już tak zostało. Co ciekawe, zanim podjęłam naukę, opera jako taka mnie szczególnie nie interesowała (śmiech), ale stwierdziłam, że wybierając ten rodzaj śpiewu będę miała w śpiewającym zawodzie najmniejszą konkurencję. Poza tym w śpiewie operowym fajne jest to, że nie potrzebuje on żadnej dodatkowej oprawy, żadnego nagłośnienia, żadnej elektroniki. Jestem tylko ja i mój głos.

Śpiewasz mezzosopranem. Jak opiszesz tę barwę głosu?

To raczej ciepły, niższy głos… i nawet seksowny. Najbardziej znaną rolą dla mezzosopranu jest Carmen. To chyba dużo mówi (śmiech).

Mogłaś śpiewać gdziekolwiek, a wróciłaś do Szczecina.

Do Szczecina powróciłam bardzo świadomie po blisko 10 latach. Opera szczecińska na tle całego kraju, jest dość specyficzna, jest szalenie odważna. Realizuje współczesne produkcje, wystawia prapremiery światowe. Nie miałam nigdy ambicji śpiewać np. w Metropolitan Opera. To się wiąże z ogromnymi kosztami. Psychicznymi, czasowymi, to nie jest dla każdego. Dlatego pomyślałam sobie, że jak zaśpiewam w Szczecinie, to będę bardzo szczęśliwa. I się udało. Zadebiutowałam w „Guru”, prapremierowej produkcji o sektach.

Bierzesz chętnie udział w niekonwencjonalnych projektach. Jak np. w „Szopinazacja miasta”, gdzie w towarzystwie fortepianu śpiewałaś pod oknami ludzi przebywającymi na kwarantannie. 

Jestem z natury otwartą osobą, w sztuce również. Opera za to jest taką złotą klatką, wiąże się z tym dużo ograniczeń. Z drugiej strony, ograniczenia wywołują w nas kreatywność. To był bardzo romantyczny projekt. Pełne szaleństwo. Spotkał się z tak dobrym odbiorem, że robimy teraz „Bethovenizację”. Lubię występować dla mniej elitarnej, „znającej się na operze” publiczności. Zawsze mnie cieszy widok osób, które mają pierwszy raz do czynienia ze śpiewem klasycznym.

Powrót do rodzinnego miasta i kraju. Jakie wrażenia?

Olbrzymie wrażenie zrobiła na mnie nowa filharmonia. To jest wspaniałe, że w naszym mieście jest taki obiekt. Bardzo mi się spodobało powstanie Akademii Sztuk. Szczecin się rozwija, powoli, ale rozwija. Nie jestem za to do końca pewna czy jest otwarty na nowych ludzi. Jest za to skupiony na swoich stałych bywalcach. A szkoda, ponieważ publiczność szczecińska jest wspaniała. W Szczecinie żyje mi się nienajgorzej, głównie przez świetnych ludzi, przestrzeń i zieleń. Nie lubiłam za to żyć w Krakowie. Kraków jest bardzo konserwatywny, a takie podejście mnie przeraża. Przeraża mnie to, co się obecnie dzieje. Mam na myśli ataki na środowisko LGBT. Przez to znowu myślę o wyjeździe. Miałam okazję mieszkać w Paryżu i tam byłam przeszczęśliwym człowiekiem. 

Twoje marzenia.

Zawsze będą pamięcią wracała do „Requiem” Verdiego, które miałam okazję zaśpiewać solo w Paryżu, z olbrzymim chórem, z ogromną orkiestrą. Marzy mi się oczywiście Carmen. Lubię Bacha, uwielbiam Arvo Pärta, estońskiego współczesnego kompozytora. Poza tym konsekwentnie trzymam się tego, by być po prostu szczęśliwą.

 

Mila Kreft-Sietnicka

Uczę się jeszcze w liceum. Być może po szkole, wybiorę się na roczny kurs filmowy do Danii, a później zobaczmy. Na pewno wiem, że chcę robić filmy. Moi znajomi mówią mi, że jestem pracoholiczką. Jestem bardzo zorganizowana, ale mi to po prostu sprawia przyjemność. Zależy mi na tym, aby mieć jak najwięcej czasu na moją pasję.

Skąd miłość do filmu?

Zaczęłam tworzyć gdy miałam 15 lat. Wcześniej robiłam zdjęcia aparatem, który dostałam od mamy. W gimnazjum zrobiłam swój pierwszy krótkometrażowy film. Była to niema produkcja, która powstała na potrzeby Międzynarodowego Festiwalu Filmów Niemych organizowanego w USA. To była fabuła na podstawie mojego i mojej koleżanki scenariusza, której bohaterką była moja młodsza siostra. Tak bardzo mi się to spodobało, że idąc do liceum, wiedziałam już, że jestem „tą od robienia filmów”. Wychowałam  się w domu, w którym zawsze kochało się sztukę. W filmie podoba mi się to, ze jest połączeniem obrazu, muzyki, (uczyłam się też gry na skrzypcach), obserwowania rzeczywistości i emocji. 

Na początku uczyłam się wszystkiego sama. Później w moje ręce wpadła książka o montażu, aż w końcu poznałam Miguela Gaudencio. Poprzez jego doświadczenie i rady nabrałam większej wiedzy na temat filmu. 

Która forma filmowa ciebie najbardziej pociąga i dlaczego?

Póki co, najbliższy jest mi dokument. To najbardziej bezpośrednia forma filmowa. Podoba mi się obserwowanie ludzi, które jest dla mnie najważniejsze. Fabuła jest pociągająca, ale jeszcze nie potrafię pisać scenariuszy. Dużą frajdę sprawia mi robienie teledysków dla moich znajomych, którzy tworzą muzykę. Jestem uzależniona od ludzi jak od powierza. Uwielbiam się otaczać innymi, od nich czerpię dużo inspiracji, lubię obserwować ich z bliska, być w środku wydarzeń. Uważam, że nie da się zrobić filmu o czymś czego się nie przeżyło. I mam na myśli nie konkretne zdarzenia, tylko poziom emocji. Rzeczy, które przeżywam, zostają we mnie jako doświadczenia, które mogę później przekształcić. 

Twoje filmy trafiają na festiwale filmowe. Co daje udział w takich imprezach?

Udział w festiwalach filmowych jest dla mnie pewną formą motywacji. Po pierwsze, działa na mnie jak deadline. Po drugie jestem ciekawa zdania na temat mojej pracy od ludzi z zewnątrz, którzy filmem zajmują się profesjonalnie. Wiąże się z tym zawsze duży, ale przyjemny stres.

Masz filmowe marzenia? Wybiegasz w tym temacie w przyszłość?

Marzyłam kiedyś, żeby zrobić pierwszy film w kosmosie, a gdy byłam młodsza by pracować na planie „Gwiezdnych Wojen”, których jestem fanką. Myślę, że udział w jakimś dużym festiwalu filmowym byłby fajnym przeżyciem i doświadczeniem. 

 

Michał Mazurkiewicz

Studiuję malarstwo na Akademii Sztuki. Dorastałem w artystycznej atmosferze. Wybór szkoły był więc oczywisty. Byłem na to poniekąd skazany (śmiech).

Jak to się zaczęło i co ciebie pociąga w malarstwie? 

Moja mama jest po Liceum Plastycznym. Zawsze podpatrywałem ją  przy pracy, często też wyciągałem jej obrazki na wierzch, te których nie chciała pokazywać i  prosiłem ją by mi opowiedziała o czym to jest i jak to zrobiła. Później uczyłem się rysować, malować, miałem także zajęcia z rzeźby. W malarstwie pociąga mnie pewnego rodzaju bezpośredniość, że mogę z siebie coś wyrzucić, wykreować coś własnego, od samego początku. Na przykład w fotografii, bo też robię zdjęcia, zastajemy rzeczywistość. W malarstwie możemy ją stworzyć zupełne na nowo.

Co cię inspiruje?

Inspirują mnie ludzie, ale też podróże. Myśląc podróże, mam na myśli nie konkretne widoki, ale emocje, atmosferę i klimat związany z danym miejscem. Ponadto, ostatnio jestem zafascynowany barokiem, jego wyszukanymi kolorami, światłem.

Łatwo jest być początkującym, młodym malarzem w dzisiejszym świecie sztuki?

Chyba nie do końca. Przede wszystkim trzeba samemu wychodzić ze swoją twórczością. Być skupionym na autopromocji. Trochę mnie to przeraża. Po trzech latach studiów opadły mi klapki z oczu Na początku nauki myślałem, że będzie mnie wszędzie pełno, że będę bez problemu pokazywał co robię. Z czasem pojawiły się wątpliwości, czy da się w ogóle zaistnieć. W świecie sztuki jest dużo tzw. starych wyjadaczy. Być może te starsze pokolenie nie specjalnie chce nas młodych dopuścić do rynku. Może obawiają się konkurencji? 

Oprócz malowania obrazów, zajmujesz się również modelingiem. Lubisz to robić?

Zawsze marzyłem by pracować jako model, ale nie miałem śmiałości by samemu wysłać swoje zdjęcia do agencji. Po paru tygodniach intensywnego myślenia o tym, agencja sama się do mnie zgłosiła. Zaleźli mnie w Internecie. Ktoś zobaczył moje zdjęcia, które zamieściłem na Instagramie i Facebooku. W tej pracy podoba mi się najbardziej kontakt z ludźmi, z fotografami, projektantami, wizażystami, z wszystkimi osobami, które przygotowują zaplecze sesji czy pokazów. Lubię ich obserwować przy pracy. To inspirujące. Mam teraz przerwę w modelingu, ale zaczynam za tym tęsknić.

Lubisz Szczecin, Polskę? To dobre miejsce dla młodych ludzi?

Lubię. Mam w sobie lokalny patriotyzm. Chociaż samo miasto nie jest do końca przyjazne młodym ludziom. Dużo ludzi stąd wyjechało. W Szczecinie brakuje mi prawdziwego studenckiego życia, ponieważ jak są studenci, to od razu są też inni ludzie. Z drugiej strony nie wyprowadziłbym się stąd na znak jakiegoś protestu, że trzeba ze Szczecina uciekać. Chciałbym żeby kiedyś w tych pięknych kamieniczkach otworzyć skromną galerię z kawiarnią. Miejsce spotkań przy dobrej kawie.

 

Rafał Zakrzewski 

Studiuję projektowanie ubioru na Akademii Sztuki. Moda łączy w sobie różne formy sztuki: malarstwo, fotografię, rzeźbę. Jest i artystyczna, i komercyjna. To dziedzina w której mogę się najbardziej wyżyć.

Co się w niej tak fascynuje?

Na początku interesowała mnie architektura, projektowanie  wnętrz. Później to ewoluowało. Dla mnie moda na tym etapie, na którym jestem obecnie, to głównie praca z tkaniną. To jest cudowne. Cały ten proces tworzenia, to co się dzieje pomiędzy. To mnie po prostu wzrusza. Ukończenie projektu to spuszczenie powietrza. Później następuje sesja fotograficzna, która uwieńcza cały konspekt tego nad czym się pracowało.

Co cię inspiruje?

Inspiruje mnie wszystko, to jest praca dwadzieścia cztery godziny na dobę. Na przykład kiedy kładę się do łóżka jeszcze zanim zasnę, potrafię jeszcze przez trzy godziny myśleć nad projektem. Jest bardzo dużo aspektów, które wpływają na finalny efekt. To ciągła praca. 

Projektuje się dla siebie czy dla kogoś?

Projektuje się dla kogoś. Zanim zaczniemy to robić, musimy sobie zadać pytania: Dla kogo projektujemy? Dlaczego to robimy? I czy ta osoba tego potrzebuje? Jestem jeszcze na etapie szukania tej persony. Na razie podchodzę do mody bardziej artystycznie niż użytkowo. Nie zadawalają mnie typowe rzeczy.

A konkursy, na które trafiaj twoje projekty? Co daje takie wyróżnienie?

Działają motywująco! Nic się dzieje, a tu nagle otrzymuje informację, że dostałem się do konkursu. To działa jak euforia. To zawsze jest sygnał, że powinien to robić.

Masz bardziej profesjonale spojrzenie na modę. Jak ubierają się twoi rówieśnicy?

Zawsze porównuję moje dwa miasta: pochodzę z Torunia, uczę się w Szczecinie. Szczecin jest specyficzny. Niektóre rzeczy, które gdzie indziej były modne parę lat wcześniej, po czasie stają się tutaj modne. Szczecin jest też trochę dresiarski, chociaż czasem ten dres fajnie się łączy z innym elementami ubioru. Za to Toruń jest bardziej alternatywny. Tutaj dominuje czerń. Sam ubieram się zresztą na czarno (śmiech), ale to chyba bardziej z wygody.  

 

 

wizaż: Agnieszka Ogrodniczak / miejsce: Coffee Point

Miguel Gaudencio jest założycielem firmy produkcyjnej Green Box Europe (www.greenboxeurope.eu),  która ma na koncie wiele reklam,  produkcji komercyjnych, filmów krótkometrażowych (showreel), teledysków i filmów dokumentalnych.  Wspomaga również młodych twórców związanych ze sztuką filmową. Kontakt: contact@greenboxeurope.eu

5( 138)
Wrzesień'20