MARCIN YETI TOMASZEWSKI. Wspinanie się jest metaforą życia

Góry są jak lustro, w którym mogę zobaczyć swoje lęki i się z nimi zmierzyć – tak mówi Marcin Yeti Tomaszewski, szczecinianin, jeden z najwybitniejszych wspinaczy na świecie. Przez długie lata w górach szukał cierpienia, aż w końcu znalazł spełnienie. Balansował na granicy życia i śmierci, ale dziś jest przekonany, że szczyt nie może być okupiony nawet najmniejszym odmrożonym palcem, bo tu, na szczecińskich nizinach ma do spełnienia o wiele ważniejszą rolę niż wytyczanie nowych dróg na najbardziej niedostępnych formacjach skalnych świata. 

Autor

Jakub Jakubowski

Jest 9 lutego 2015 roku. Marcin Yeti Tomaszewski wraz ze swoim wspinaczkowym partnerem Markiem Raganowiczem stoją na szczycie Trollveggen. Norweska Ściana Troli, a w szczególności jej północna część, którą wspięli się na szczyt Polacy, to mityczna wręcz formacja skalna leżąca w Dolinie Romsdalen. To przede wszystkim największa pionowa ściana w Europie wznosząca się na wysokość około 1100 m. 

KATHARSIS NA ŚCIANIE TROLI

Na oblodzonej i zaśnieżonej ścianie spędzili 19 dni, mozolnie pnąc się do góry, śpiąc w podwieszanych namiotach targanych huraganowymi wiatrami. Nową trasę, którą udało im się wytyczyć nazwali Katharsis. 

– Ściana Troli była dla mnie w ujęciu metafizycznym swoistym oczyszczeniem i wolnością. W ujęciu czysto praktycznym zamknięciem bigwall’owej trylogii (big wall, czyli wspinaczka wielkościanowa – przyp. red.), podczas której z Markiem wytyczyliśmy nowe drogi na ścianach Polar Sun Spire na Ziemi Baffina w Kanadzie, Great Trango Tower w Pakistanie i właśnie na Trollveggen w Norwegii. Nie udało się to jeszcze nikomu przed nami, a te trzy ściany w świecie alpinistycznym uważane są za jedne z najtrudniejszych do pokonania – mówi Marcin Tomaszewski. 

Stojąc na szczytach gór rozsianych po całym świecie i patrząc na świat z miejsc niedostępnych dla przeciętnego człowieka, myślami często wraca do obrazków z albumu „Najpiękniejsze góry świata”. To była Biblia jego dzieciństwa, jego okno na świat, rozrusznik uruchamiający pęd wyobraźni i forma izolacji od świata pełnego rozterek, bólu i rozczarowań. 

CHŁOPAK Z OSIEDLA ZAWADZKIEGO

Yeti wychował się na osiedlu Zawadzkiego w Szczecinie. Kiedyś był tutaj poligon wojskowy, a w latach 70. wyrosło typowe PRL-owskie osiedle z wielkiej płyty. Starsi szczecinianie z pewnością pamiętają jeszcze bitwy osiedlowe między chłopakami z Romera i Benesza. Potem podział i odwieczna rywalizacja między subkulturami „Depeszów” i „Raperów”. Marcin należał do tych drugich – szerokie spodnie, deskorolka, RUN DMC i Beastie Boys z dwukaseciaka.  I niezapomniane wyprawy z osiedlową ferajną na zamkniętą żwirownię, gdzie piekli ziemniaki, ganiali się ze stróżem, ale przede wszystkim przy ognisku marzyli o podboju świata. Wydawać by się mogło, że beztroskie dzieciństwo, ale niestety, takie nie było. Gdy miał 5 lat, zdiagnozowano u niego poważną wadę serca. W szpitalach spędził mnóstwo czasu, co mocno odbiło się na jego psychice. 

– To były zupełnie inne czasy. Rodzice mogli odwiedzać mnie raz na 2-3 tygodnie. Byłem tam zupełnie sam, miałem poczucie odrzucenia. Na szczęście nie zdawałem sobie sprawy z tego, że mogę umrzeć, ale śmierć była po sąsiedzku, bo tuż obok oddziału kardiologicznego był dziecięcy oddział onkologiczny. Szpital był jak więzienie, łóżko ze szczebelkami i wielogodzinne patrzenie w sufit. Cierpiałem – wspomina Marcin Tomaszewski. 

Cierpienie niwelował sport. Z tatą grał w piłkę, ping ponga, z kolegami jeździł na rowerze, ale miłością zapałał do judo. Sport ten zalecił lekarz, aby wzmocnić serce. Marcin złapał bakcyla, trenował po kilka godzin dziennie, startował w zawodach. Motywację stracił w wieku 14 lat. Ponownie dopadła go proza życia. Ojciec wpadł w nałóg alkoholowy, rodzina się rozpadła, kumple z dzieciństwa nagle przestali być kumplami. Czas spędzał pod klatką, w bramie lub włócząc się bez celu po mieście. Czasami pisał listy, wkładał je do znalezionych w domu butelek i wyrzucał do morza. 

– Do tego momentu miałem w ojcu oparcie, ale zabrakło go w najważniejszym momencie mojego życia. Choroba go niszczyła, a on niszczył wszystko wokół siebie, łącznie ze mną. Straciłem ten jakże potrzebny w życiu nastolatka męski filar i musiałem twardo stanąć na nogach. Musiałem stać się silny, a nie wiedziałem jak – opowiada Yeti. 

ZUBEK, HARCERSTWO I GÓRY

Pomocną dłoń wyciągnął Zubek, starszy o osiem lat kolega mieszkający w klatce obok. Zubek był harcerzem, członkiem drużyny im. Żołnierzy Cichociemnych. Zaprosił na jedno spotkanie, drugie… Marcin wkroczył w zupełnie nowy, niezwykle intrygujący świat. Świat zasad, wartości i szczerych relacji opartych na odpowiedzialności, zaufaniu i współpracy. Starsi koledzy, Zubek i Pietka byli jego przewodnikami. Potrafili rozbudzić w nim ciekawość świata, pokazali, że w życiu ma wiele możliwości, nauczyli zaradności i skłonili do wyznaczania sobie celu i dążenia do niego.

Cel skrystalizował się bardzo szybko. Pierwszy harcerski wyjazd w Bieszczady na obóz survivalowy zmienił życie Marcina diametralnie. To tam nauczył się samodzielności, tam po raz pierwszy zobaczył u Zubka i Pietki sprzęt do wspinaczki, a góry pokochał miłością bezwarunkową. Chciał się wspinać i za namową starszych kolegów zapisał się na kurs wspinaczkowy w Szczecinie. 

– Pamiętam, że na kolejnym obozie w Tatrach weszliśmy na Żółtą Turnię, niedużą i łatwą górę w Hali Gąsienicowej. Siedzieliśmy z kolegami na szczycie, zaparzyliśmy sobie herbatę i wyobrażaliśmy sobie, że zdobyliśmy właśnie ośmiotysięcznik Sziszapangma w Himalajach – wspomina Marcin Tomaszewski. 

W góry jeździł coraz częściej, najpierw jako harcerz, potem już z własną drużyną jako drużynowy, a gdy dojrzał do tego, by zostawić harcerstwo, wtedy rozpoczęła się jego droga na najtrudniejsze ściany świata. 

– Dzięki harcerstwu wyrwałem się z próżni, poznałem wspinaczkę i zyskałem nowe życie. Wiedziałem jednak, że harcerstwo jest świetne do pewnego wieku, dobrze przygotowuje cię do życia, ale nie może być samym życiem. Przekazałem swoją drużynę w dobre ręce kolegi i ruszyłem w Tatry. Od początku fascynowały mnie wysokie, pionowe ściany, wielkie przestrzenie, budzący respekt bezkres i ten strach od samego patrzenia w dół. Ja musiałem sobie poradzić z paraliżującym wręcz lękiem wysokości. Tak już chyba jest, że to czego się boimy, najbardziej nas pociąga. Dla mnie strach był bardzo naturalny, dorastałem w strachu, najpierw o swoje zdrowie, życie, o rodzinę, o moją przyszłość – mówi Marcin. 

TAK HARTOWAŁA SIĘ STAL

Jest zima 1996 roku. Yeti patrzy w górę na Kazalnicę Mięguszowiecką. To słynna, potężna, niezwykle stroma i piekielnie trudna do zdobycia ściana w Tatrach Wysokich, licząca 2159 m wysokości. Mekka taternictwa polskiego. Marcin wspinał się już na tej ścianie samotnie, ale tylko latem. Tym razem celem wyprawy jest wytyczenie nowej drogi w warunkach zimowych. Cel bardzo ambitny, środki jednak jakimi dysponował mogły budzić zdziwienie i obawy. Odzież uszyła mama z ortalionu i polaru kupionego na metry. Haki wbijane w skałę i inne sprzęty wykonał samodzielnie. Nie zastanawiał się wtedy, czy to wytrzyma, czy nie odpadnie od ściany. Dzisiaj na taką lekkomyślność by się nie zdobył, wtedy jednak szukanie cierpienia w górach i potrzeba udowodnienia sobie i innym swojej wartości przesłaniały mu ryzyko. Na szczęście, nic się wtedy nie stało. Wyprawa zakończyła się sukcesem, a drogę, którą wytyczył nazwał Ostatni Mohikanin. To był krok milowy w jego karierze. Do dzisiaj na Kazalnicy Marcin dokonał przeszło 20 przejść, 8 zimą, 4 solo nowymi drogami.

– Wspinaczka zimowa jest wspinaczką bardziej duchową, jest wyzwaniem dla charakteru i umysłu. Same umiejętności to za mało. Ta wyprawa na Kazalnicę uświadomiła mi, że to droga jest moim celem, a góry nie muszą być ucieczką od problemów, ale mogą być sposobem na ich rozwiązanie. Wspinając się, nie trzeba szukać cierpienia, mieć autodestrukcyjnych myśli, można za to, jak w lustrze zobaczyć swoje lęki i demony i z nimi się zmierzyć. Gdy wygrasz, osiągasz spełnienie i stan katharsis. Z czasem się tego nauczyłem i przeniosłem z gór na życie codzienne – mówi Marcin Tomaszewski.

DREAM TEAM

Rok 2000. Po niespełna 10 latach wspinania się w Tatrach i w Alpach, Yeti został zaproszony do polskiego dream teamu wspinaczkowego. Tworzyli go Janusz Gołąb, Jacek Fluder i Staszek Piecuch. Ta trójka zdobywała najtrudniejsze ściany na całym świecie. Planowali wytyczyć nową drogę na Nalumasortoq. To góra nad fiordem Tasermiut na Grenlandii o wysokości 2045 m n.p.m. Wspinaczy od lat przyciąga imponująca zachodnia ściana, która w pionie liczy sobie niemal kilometr wysokości. Do zespołu dołączył Marcin. Wspinali się przez siedem dni, noce spędzając na wiszących platformach biwakowych, przeżyli gwałtowne załamanie pogody, ale cel udało się zrealizować. Nową drogę nazwali „Planeta Spisek”, od tytułu jedynej książki, którą zabrali ze sobą. 

– Kiedy zaczynałem się wspinać najbardziej inspirowała mnie wspinaczka w trudnych warunkach. Wymaga ona nie tylko umiejętności technicznych, ale hartu ducha. Mimo upływających lat wciąż poszukuję miejsc, które pozwolą mi doświadczyć takich doznań. Big wall to nie tylko styl wspinaczki na tysiącmetrowe i wyższe urwiska skalne z koniecznością wielodniowego przebywania na ścianie. To też eksploracja, poszukiwanie nowych dróg, dziewiczych skał. To symbioza z naturą i trening umysłu podczas biwakowania w portalledge zawieszonym na skale. Tu nie ma miejsca na wątpliwości i zadawanie sobie pytań w stylu „co ja tutaj robię?”. To moja droga, którą przemierzam już niemal 30 lat – mówi Marcin Tomaszewski. 

NAJWAŻNIEJSZA JEST DROGA

Życie na wielkiej ścianie w podwieszanym namiocie jest – jak twierdzi bohater tego tekstu – bardzo proste. To miniatura życia codziennego. Jest praca, którą trzeba wykonać, jest czas na odpoczynek, na posiłek, jest chwila dla siebie wykorzystywana najczęściej na lekturę zabranych ze sobą książek lub robienie notatek, czy… na pisanie bajek. Bo Marcin pisze piękne bajki dla dzieci i dla dorosłych mówiące o ścieraniu się z żywiołami tego świata, zachowując respekt oraz pokorę wobec nich, o zamienianiu marzeń, czy lęków w pasję. W tych bajkach jest wszystko to, co sam przeżył i to, jak przez te lata się zmienił. Kiedyś był człowiekiem zagubionym w świecie, pozbawionym wiary we własne możliwości, przytłoczonym problemami, uwikłanym w toksyczne relacje, z uczuciami głęboko skrywanymi i tłumionymi. Dziś to człowiek twardo stąpający po ziemi, kierujący się w życiu wartościami i potrafiący właściwie określić priorytety. Lęk towarzyszy mu cały czas i jest obecny podczas każdej wyprawy. Nie boi się jednak o siebie, a o bliskich. 

Przemiana, którą przeszedł pozwoliła mu poukładać sobie życie osobiste. Po dwóch nieudanych małżeństwach, znalazł szczęście u boku Sylwii Różyckiej, aktorki Teatru Polskiego w Szczecinie. Tworzą dom pełen hiszpańskiego temperamentu z artystycznym sznytem. Sylwia akceptuje w pełni to co robi, ale też mu ufa i wie, że nigdy nie narazi swojej rodziny. W górach nie podejmuje nadmiernego ryzyka, twierdzi, że szczyt nie może być okupiony nawet najmniejszym odmrożonym palcem. 

– Mam cudowną żonę, trójkę dzieci. Mam dla kogo żyć. Oczywiście, bywa niebezpiecznie, może zawieść sprzęt, może przyjść nagłe załamanie pogody. Wypadki się zdarzają, wisimy przecież na pionowej ścianie nad przepaścią. W trakcie każdej wspinaczki odpada się od ściany i jeśli nie wyłapie Cię lina asekuracyjna, to nie ma ratunku. Raz zatrzymałem się metr od skalnego zrębu. Najbardziej boję się tego, że jeśli zginąłbym w górach w imię moich, samolubnych ambicji, to moim dzieciom zabrakłoby ojca. Wiem z autopsji jak to jest, co się wtedy czuje i czym
to skutkuje. Nigdy nie zrezygnuję ze swojej pasji, bo to jest moje DNA, ale potrafię wszystko zrównoważyć i wspinać się odpowiedzialnie – mówi Marcin Tomaszewski. 

Dzisiaj Marcin nie musi już niczego udowadniać, ani innym, ani też sobie. W ciągu 25 lat wytyczył nowe drogi na większości wielkich ścian, które oglądał w dzieciństwie w albumie "Najpiękniejsze góry świata". Wspinał się w Tatrach, Alpach, Himalajach, Patagonii, na niedostępnych norweskich fiordach, w USA, Chinach, na Alasce, Grenlandii i na Ziemi Baffina. Marzy jeszcze o wspinaczce na Ziemi Ziemia Królowej Maud. To pokryta lądolodem część Antarktydy, jedna z najmniej przyjaznych i najbardziej niedostępnych dla człowieka krain. Znajduje się tam wiele granitowych, wysokich ścian, jeszcze niepoznanych i nietkniętych obecnością człowieka. Wierzymy, że Yeti niedługo dopisze kolejny rozdział do tej niezwykłej historii człowieka, który mógł zostać w szczecińskiej bramie, a doszedł na szczyt, w sensie dosłownym,
jak i metaforycznym. 

 

foto: Aleksandra Mavey-Gruszka
stylizacja: Agnieszka Ogrodniczak

 
MARCIN YETI TOMASZEWSKI

Rocznik 1975. Polski taternik i alpinista, członek Kadry Narodowej Polski w Alpinizmie wysokogórskim, instruktor wspinania, fotograf górski, autor bajek dla dzieci wydanych w formie audiobooka. Specjalizuje się we wspinaczce wielkościanowej. Wytyczył wiele dróg na najtrudniejszych ścianach na całym świecie. Jest laureatem najważniejszych nagród eksploracyjnych, tj. Kolosy, Traveller, Brytan, Złoty Czekan, czy Karl Unterkircher Award. Jest też autorem książki #Yeti40 – to autobiograficzna opowieść podsumowująca jego dotychczasową przygodę ze wspinaczką. Aktualnie pracuje nad drugą książką opowiadającą o ojcostwie, której premiera już w tym roku. 

WYPRAWY:

2000 – Grenlandia, Nalumasortoq (nowa droga)

2001 – Pakistan Nangmah Walley, Denbor (nowa droga)

2002 – Baffin Island, Mount Thor (nowa droga)

2003 – Alaska, Shadows Glacier (nowa droga)

2004 – Indie, Garhwal, Meru Sharks Finn (próba nowej drogi)

2005 – Yosemite, Salate Wall (27 h non-stop)

2006 – Patagonia, Cerro Torre Commpressor route

2006 – Norway, Trollvegen (próba przejścia ściany)

2006 – Chiny, Qonglai Mountains, Seerdengpu (próba nowej drogi)

2007 – Norway, Innset Ice climbing

2007 – Alaska, Throne (nowa droga 7a)

2007 – Pakistan, Trango Tower (próba wejścia)

2009 – Patagonia, Argentyna, Fitz Roy (próba solo)

2009 – Alaska, Mt. Barril (1200 m solo), Mt. Johnson, escalator (1200 solo)

2010 – Wenezuela, Acopan Tepui (nowa droga)

2010 – Chiny, Qonglai Mountains, Seerdengpu (próba nowej drogi)

2012 – Kanada, Ziemia Baffina, Polar Sun Spire (nowa droga)

2012 – Argentyna, Patagonia, Cerro Torre, droga Ferrariego

2013 – Pakistan, Great Trango Tower, Bushido (nowa droga)

2014 – Alaska, Mt Dickey

2015 – Norwegia, nowa droga na północnej ścianie Trollveggen („Katharsis)

2015 – Norwegia, nowa droga na północnej ścianie Kjeraq („Wild stories”)

2016 – Lato, Monte Civetta, Dolomity. North West Face, „Dirty Harry” (1375 m VII, nowa droga) Tom Ballard & Marcin Tomaszewski

2016 – Eiger Nordwand, nowa droga TITANIC Ballard/Tomaszewski

2017 - Grenlandia zachodnie wybrzeże. Eksploracja jachtem Berg. Odkrycie nowego rejonu górskiego i nazwanie Bergland. Wytyczenie dwóch nowych dróg.

2018 - Patagonia. Cerro Torre. (próba nowej drogi)

2019 - Nepal, Himalaje. Jannu east (próba nowej drogi)

2019 - Indie, Miyar. Himalaje. Nowa droga na Castel Peak.

4( 137)
Lipiec'20
gajda