Sydonia: na tropie czarownicy

Najsłynniejsza zachodniopomorska czarownica, piękność ze skazą, archetyp femme fatale, muza pisarzy, filmowców i historyków. Mija 400 lat od śmierci Sydonii von Borck (lub von Borcke)*. Kobiety nieprzeciętnej, inspirującej, pełnej zagadek oraz tajemnic. W „Prestiżu” postanowiliśmy uczcić jej pamięć. Was też do tego zachęcamy, zapraszając na pisemną podróż śladami niezwykłej szlachcianki, która według legendy przyczyniła się do kresu dynastii pomorskich książąt. 

Autor

Karolina Wysocka

galeria

– Piękna i mądra. Najgorsze połączenie dla pewnej siebie kobiety urodzonej w XVI w. – powiedziała Monika Dzikowicz, jedna z zaprzyjaźnionych z redakcją artystek, która przygotowała dla nas główną ilustrację do tego artykułu. Wiele legend i opowieści mówi o niezwykłej urodzie Sydonii. Malarze także starali się uchwycić to na swoich wizualnych interpretacjach. Czy jednak dlatego wciąż istnieją ludzie, których fascynuje zachodniopomorska wiedźma? Piękno przemija, ale pozostaje dusza i charakter, to coś, co czyni nas wyjątkowymi. Osobowość. Wydaje się, że to właśnie dzięki silnemu wewnętrznemu „JA”, zapamiętaliśmy tę postać. O Sydonii po krótce pisaliśmy m.in. rok temu w tekście „Czarownice nie płoną”, ale teraz postanowiliśmy ruszyć jej śladem, by przedstawić Wam pełniejszy obraz zachodniopomorskiej wiedźmy. Historia tej kobiety to nieustanna tułaczka, walka oraz zwątpienie. Sama przeciw ludziom i światu. Skończyła tragicznie. Ścięta i spalona na stosie w naszym mieście, wyszydzona, znienawidzona. Ofiara losu, swoich czasów, a przede wszystkim ludzkich ułomności. Mimo to: przetrwała! Zyskała nieśmiertelność, dzięki tym, których wiele lat później poruszył jej los. Gotowy scenariusz na film, prawda? Sami się o tym przekonacie, kiedy ruszycie jej tropem.

Urocza panna z Wilczego Gniazda

Nieopodal Łobza, w zapomnianej okolicy, leży wieś Strzmiele, a w niej „Wilcze Gniazdo”. Znajdziecie tam dwór, który powstał na miejscu dawnej rezydencji rodu Borcków. W jego fundamentach wciąż można zobaczyć relikty wcześniej budowli. To właśnie tam znajdowała się przed wiekami główna siedziba pomorskiej familii. Tu urodziła się Sydonia, prawdopodobnie ok. 1548 roku. Rodzina słynnej wiedźmy była znana i szanowana w Księstwie Pomorskim. Paweł Gut z Archiwum Państwowego w Szczecinie uważa, że Borckowie najprawdopodobniej wywodzili się z miejscowych rodów możnowładczych o pochodzeniu słowiańskim. Wulf-Dietrich von Borcke w tekście „Historia rodziny von Brocke”, dostępnym na stronie internetowej von.borcke.com, napisał, że korzennym miejscem rodziny był Kołobrzeg, ale później przenieśli się oni, bo w zamian za zasługi mieli przywilej wznoszenia budowli obronnych, zamków i pałacy w różnych miejscach Pomorza. Początki rodu sięgają podobno wczesnego średniowiecza, pierwsze wzmianki pochodzą zaś z XIII wieku. Istniało nawet kiedyś popularne powiedzenie: „To jest tak stare, jak Borckowie i diabły”. Co ciekawe, członkowie rodziny Sydonii znani byli z gwałtownego usposobienia. Poza tym, ich nazwisko wywodzi się prawdopodobnie od dialektalnego określenia wilka, zwierzę to znajdziemy też w ich herbie. Wśród Borcków było wiele wybitnych i niezwykłych osobistości, rycerzy, humanistów, miłośników sztuki oraz nauki. Nic dziwnego, że Sydonia, wyrastając w takim środowisku, też się wyróżniała. Z pewnością miała nietypowe imię. W publikacji „Sydonia von Borck – między prawdą a legendą”, wydanej przez szczeciński zamek, czytamy, że pochodziło ono prawdopodobnie z francuskiego romansu średniowiecznego „Pontus i Sydonia”. Borckówna była najmłodsza z rodzeństwa. – Ojciec Otto z żoną Anną mieli oprócz niej jeszcze dwoje dzieci: Urlicha i Dorotę – zaznacza w książce „Sydonia” Bogdan Frankiewicz. Najmłodsza z całej trójki była jednak oczkiem w głowie rodziców. Rozpieszczano ją i wyróżniano. – Matka marzyła o tym, by jej życie było wyjątkowe – pisze Anna Koprowska-Głowacka w książce „Czarownice z Pomorza i Kujaw”. Sydonia lubiła czytać, szybko się uczyła, była ładna. Rodzicielka postarała się więc dla niej o miejsce na książęcym dworze.

Romansowa heroina na zamku

Dziś w niemieckim Wolgast (pol. Wołogoszcz), które leży na styku wyspy Uznam i części Pomorza Przedniego, nie ma już pięknej rezydencji książąt pomorskich, malowniczo położonej nad Pianą. Jedynie tablica przypomina o świetności tego miejsca, a także zamku, gdzie mieszkało wielu znamienitych przedstawicieli Gryfitów. Więcej na ten temat znajdziecie w naszym tekście „Podróż śladami pomorskich książąt”, tymczasem wróćmy do Sydonii. W książce „Czarownice z Pomorza i Kujaw” czytamy, że młoda dziewczyna została dwórką żony Filipa I i trafiła właśnie do Wołogoszczy. Według legendy oczarowała tam syna księcia: przystojnego Ernesta Ludwika. Podbił on serce młodej dwórki i obiecał jej małżeństwo. – Sydonia wyznania miłosne przyjmowała z naiwną wiarą jako zapewnienie trwałości związku – podkreśla we wspomnianej już publikacji Frankiewicz. 

Od romantycznych mrzonek, ważniejszy był jednak interes rodu. Książę ostatecznie ugiął się pod poleceniami bliskich i poślubił Zofię Jadwigę, córkę księcia Brunszwiku. Złamał Sydonii serce, a ta postanowiła opuścić dwór. Na odchodnym podobno zła i rozgoryczona powiedziała o kilka słów za dużo. – Opowiadano później, że opuszczając dwór książęcy w Wołogoszczy rzuciła na ród Gryfitów klątwę, iż pół wieku nie minie, a cała dynastia zejdzie bezpotomnie z tego świata – zaznacza w swojej książce Anna Koprowska-Głowacka. Skończył się piękny sen Sydonii, a marzenia jej rodziców, którzy zmarli przed tym wydarzeniem, zostały głęboko pogrzebane. Borckówna straciła miłość i najżyczliwsze jej osoby. Od tej chwili los Sydonii miał się znacząco skomplikować… Urażona szlachcianka, po nieudanym pobycie na książęcym dworze, wróciła do rodzinnego gniazda, ale nie dane jej było zaznać tam spokoju. Brat, który obecnie rządził majątkiem, przyjął ją niechętnie. Nie chciał się dzielić spadkiem ani z nią, ani ich siostrą Dorotą. – W zamian za utrzymanie i rocznie renty wymógł na nich zrzeczenie się praw majątkowych po rodzicach – wspomina w „Sydonii” Frankiewicz. Niedługo później się ożenił, a Borckówny nie znalazły wspólnego języka z bratową. Szybko okazało się, że nie mogą liczyć na Urlicha i muszą zmienić miejsce pobytu. – Od tego momentu do końca życia Sydonia niestrudzenie przez czterdzieści lat będzie dochodzić swoich praw majątkowych – podkreśla w swojej publikacji Bogdan Frankiewicz. Nie chciała dać za wygraną i walczyła o swoje, jak umiała najlepiej, w międzyczasie tułając się po całym regionie.

Awanturnicza pątniczka bez dachu nad głową

Niektóre z miejscowości, w których żyła, zachowały o niej pamięć. Stąd też wiemy m.in. że Sydonia wielokrotnie zmieniała miejsce pobytu. Nie miała własnego domu, ani środków do życia. Nigdy nie wyszła za mąż, choć miała adoratorów. Przez jakiś czas mieszkała w Szczecinie i tu została wciągnięta w poważną intrygę polityczną. Później wraz z siostrą mieszkała w Stargardzie, Krępcewie, Chociwlu i Resku. Dwa razy jej dobytek spłonął w pożarach. Ciągle miała kłopoty finansowe, podobno stale brała pożyczki. Batalia z bratem, szarość codzienności, sprawiały, że szła przez życie pełna zgryzoty, w poczuciu wielkiej krzywdy. Mimo to, nie poddawała się. W publikacji „Sydonia von Borck – między prawdą a legendą” czytamy, że akta z jej procesów sądowych obecnie znajdują są w archiwum w Greifswaldzie i liczą setki stron. Często przyjeżdżała do Szczecina, na zamku prosiła pomorskich książąt o pomoc w walce o majątek. Wchodziła też w konflikty z innymi, a za dochodzenie swoich praw została kiedyś dotkliwie pobita. W tym czasie zaczęto patrzeć na nią coraz mniej przychylnym okiem. Umarła jej siostra, także jej dawny kochanek, książę Ernest Ludwik. Następnie zmarł jej brat, ale nie zakończyło to rodzinnego konfliktu o majątek. Walka trwała dalej. Niedługo później odszedł z tego świata kolejny Gryfita. – Na wniosek krewnych w 1604 roku została przyjęta do klasztoru w Marianowie – wspomina w swojej publikacji Frankiewicz.

Uboga zielarka z dawnego klasztoru

Obecnie z dawnej świetności klasztoru cysterek w Marianowie zostało niewiele, zachował się gotycki kościół i zachodnie skrzydło budynku mieszkalnego, ale miejsce wciąż istnieje. Najpierw mieszkały tutaj zakonnice, później po reformacji i germanizacji Pomorza, powstał tu przytułek dla starych panien z dobrych domów. To właśnie w nim, po latach tułaczki, spędziła ostatnie lata życia słynna zachodniopomorska czarownica. Wieś Marianowo znajduje się w zielonej okolicy, na południu województwa zachodniopomorskiego, w powiacie stargardzkim. Sydonia, gdy tam trafiła, była już wtedy starszą kobietą. Wydawać by się mogło, że znalazła idealne miejsce dla siebie, jednak tak się nie stało. Borckówna miała żywiołowy temperament, silną osobowość, była wygadana, nieustępliwa. Wciąż się procesowała z krewnymi i nie tylko. Nie godziła się na biedę, surowość reguł w przytułku, który zachował pewne cechy wcześniejszej instytucji. Nie znalazła tam przyjaciół, otaczała się zwierzętami, warzyła piwo, zgłębiała tajniki leczniczych roślin. – Z pasją poznawała właściwości ziół rosnących na Pomorzu i chętnie przychodziła z pomocą cierpiącym – pisze w swojej publikacji Frankiewicz. Inni patrzyli na nią z niechęcią. Ze względu na liczne procesy, walkę o swoje prawa i zawziętość, miała wielu wrogów. Mieszkanki ośrodka oskarżyły ją o czary. Poczuła się osaczona. Chciała uciec, więc zamknięto ją i stwierdzono, że jest niepoczytalna. W książce „Czary i czarownice. Wczoraj i dziś” Antoni Łuczak podkreśla, że wśród oskarżonych często były wiejskie lub małomiasteczkowe znachorki, a już na pewno: osoby starsze, nietowarzyskie oraz odizolowane. 

– Oskarżenie o czary było najprostszym sposobem pozbycia się niewygodnych osób – dodaje Anna Koprowska-Głowacka w publikacji „Czarownice z Pomorza i Kujaw”. – Borckówna w klasztorze w Marianowie najdotkliwiej odczuła bezbronność wobec młodszych od siebie sióstr, które nie rozumiały starszej mieszkanki – zaznacza Bogdan Frankiewicz w „Sydonii”. Oskarżono ją także o rzucenie klątwy na ród Gryfitów. To był najpoważniejszy zarzut, miał wymiar polityczny. – Duża śmiertelność w rodzie Gryfitów rozbudzała pomorskie umysły, jakoby było to dziełem diabelskich sztuczek i rzucania uroków. Pamiętano przekleństwo rzucone w młodości przez Sydonię – zaznacza Małgorzata Pałęga w publikacji zbiorowej „Czary i czarownictwo na Pomorzu”. Nie wyjaśniono szybkich zgonów w dynastii książąt, więc Sydonia stała się kozłem ofiarnym. Dziś wiemy, że Gryfici umierali dość młodo ze względu na choroby genetyczne. Sydonię jednak aresztowano. Została uwięziona na zamku Oderburg w Grabowie. Anna Koprowska-Głowacka w swojej publikacji zaznacza, że postawiono jej 74 zarzuty, a świadkami oskarżenia było ponad 50 osób. Zarzucono jej m.in. czary, trucicielstwo, konszachty z wróżbitkami, zabójstwa, obcowanie ze złymi duchami i kontakty seksualne z diabłem. 

Więźniarka polityczna prowadzona na stos

Mało kto wie, że w okolicach Stoczni Szczecińskiej, znajdowała się kiedyś letnia rezydencja Gyfitów. Zamek Odrzański (niem. Oderburg) składał się z tzw. „Dużego Domu”, kościoła i zabudowań gospodarczych. Górowały nad nim trzy wieże, podobno właśnie w jednej z nich przetrzymywano Sydonię. Proces był od początku nieuczciwy. Sydonia miała tego świadomość. – Doskonale wiedziała, że wszyscy wrogowie czekają na jej najmniejsze potknięcie […]. Na każde pytanie zadane przez Trybunał odpowiadała spokojnie i rozważnie, swoją logiką wytrącała broń z rąk oskarżycieli – pisze w książce „Czarownice z Pomorza i Kujaw” Anna Koprowska-Głowacka. Była dociekliwa, miała ostry język, myślała trzeźwo. – Kronikarze pomorscy wysoko oceniają inteligencję czarownicy z Marianowa – dodaje w swojej publikacji Bogdan Frankiewicz. Wiedziała, że jest ofiarą politycznej rozgrywki swoich wrogów. Była już jednak schorowaną, słabą staruszką. Jak mogła wygrać z ogromem histerii polowań na czarownice?! Przeszła straszliwe tortury. Kaci nnie szczędzili sił i wyobraźni, by wydobyć z podejrzanej jak najobszerniejsze zeznanie. – W czasie tortur przyznawała się do winy, lecz po odzyskaniu sił wszystkiemu zaprzeczała – tłumaczy w „Sydonii” Bogdan Frankiewicz. Wielomiesięczne więzienie, cierpienie, głód i strach, bardzo ją osłabiły. – Przyznała się do tego, czego od niej żądali sędziowie  – pisze w swojej publikacji Anna Koprowska-Głowacka. Trybunał wydał wyrok śmierci. W akcie łaski, ze względu na jej szlacheckie pochodzenie, najpierw ją ścięto, a później spalono na stosie, za murami miejskimi. Egzekucja odbyła się w Szczecinie, za Bramą Młyńską. – Mniej więcej tam, gdzie dziś kończy się przy Muzeum Narodowym ulica Staromłyńska – pisze w swojej książce Bogdan Frankiewicz. Nie pochowano jej szczątków. Paweł Gut z Archiwum Państwowego w Szczecinie uważa, że to, co zostało po spaleniu, wrzucono do Odry. Wyrok wykonano prawdopodobnie 19 sierpnia albo 1 września 1620 roku, historycy zazwyczaj podają jedną z tych dat. – Jej życie utrwalili sekretarze sądowi, najpierw w rozprawach o spadek, potem w procesach o czary – pisze Frankiewicz w „Sydonii”.

Ikona z muzealnego obrazu

Po śmierci Borckówny wiele osób próbowało udowodnić jej niewinność. Stała się bohaterką legend, powieści, muzą artystów. Warto pamiętać o tym, że tragiczne losy tej szlachcianki są ściśle związane z historią oraz kulturą Pomorza Zachodniego i wybrać się do Muzeum Narodowego w Szczecinie, gdzie wisi  domniemany „Podwójny portret Sydonii von Borck”. Nasza zachodniopomorska wiedźma, to postać, która wciąż budzi wiele kontrowersji, a jej historia ma kilka luk, ale to także osoba, która łączy ludzi z różnych środowisk. O zachowanie pamięci o Sydonii od setek lat walczą artyści i miłośnicy sztuki, ludzie pióra, dziennikarze, historycy, wykładowcy, księża, przewodnicy, feministki… Interesują się nią zarówno mieszkańcy naszego miasta, województwa, jak też innych części kraju. – W dalszym ciągu Sydonia inspiruje wielu ludzi do różnorodnych działań – pisze ks. Jan Dziduch w zbiorowej publikacji „Czary i czarownictwo na Pomorzu”. Borckówna ma również swoich fanów w różnych częściach globu. Niektórzy Niemcy i Anglicy bardzo dobrze znają jej historię. Jakiś czas temu zaistniała nawet w świadomości mieszkańców USA, bo jeden z jej malarskich wizerunków był inspiracją dla twórców filmu „Jeździec bez głowy” w reżyserii Tima Burtona. Kolejna rocznica śmierci Sydonii, to dobry moment na to, by spojrzeć na nią nie tylko przez pryzmat zachodniopomorskiej czarownicy i Białej Damy ze szczecińskiego zamku, ale też niezwykłej osobowości, postaci godnej szekspirowskiego dramatu, która jest częścią naszej lokalnej tożsamości.

 

*W Szczecinie popularniejszy jest zapis von Borck, ale w aktach z czasów jej życia można znaleźć informację o tym, że Sydonia, jak też jej najbliższa rodzina, podpisywała się: von Borcke.

 

ilustracja: Monika Dzikowicz, foto: „Podwójny portret Sydonii”, Muzeum Tradycji Regionalnych, wystawa "Złoty wiek Pomorza", fot. G. Solecki, A. Piętak 

źródła: „Sydonia”, B. Frankiewicz; „Czary i czarownice. Wczoraj i dziś”, A. Łuczak; „Sydonia von Borck – między prawdą a legendą”, Zamek Książąt Pomorskich w Szczecinie; „Czarownice z Pomorza i Kujaw”, A. Koprowska-Głowacka; „Czarownice nie płoną”, A. Dolega, K. Wysocka, Prestiż Magazyn Szczeciński (lipiec 2019); „Podróż śladami pomorskich książąt”. K. Wysocka, Prestiż Magazyn Szczeciński (maj 2019); „Czary i czarownictwo na Pomorzu”, Muzeum Stargard; „Historia rodziny von Borcke” W-D. von Borcke; Wykład Pawła Guta o Sydonii von Borck z dnia 30.12.2019 r. (nagranie dostępne na You Tube); Zachodniopomorski Quest Regionalny, dudowie.pl

4( 137)
Lipiec'20