Historie ze ściany

Street art jest zjawiskiem, w którym sztuka przekracza wszelkie granice, przełamuje stereotypy, wychodzi nie tylko poza ramy, ale i poza mury budynków, wprost na ulicę. Dzieła określane tym mianem mijamy niemal codziennie przemierzając ulice miast. Część z nic jest naprawdę piękna, a skala ich wielkości czasem zapiera dech w piersiach. Od dłuższego czasu prace artystów street artowych trafiają do galerii a chyba każdej, nawet nie interesującej się sztuką osobie, znany jest Banksy. Street art to nie tylko forma malarstwa ale też często komentarz do rzeczywistości, w której żyjemy.

Autor

Aneta Dolega

galeria

W Szczecinie, co jakiś czas powstają nowe murale, pojawia się barwne graffiti. Prace Lumpa, czy innych, także goszczących w mieście artystów dodają miastu kolorytu. Na temat malowania ścian porozmawialiśmy z Marcinem Karpiszem, który swojej prace podpisuje jako Siguel. Marcin pochodzi ze Szczecina, ale studiował w Glasgow i większość czasu spędzał do tej pory poza granicami Polski. Jeździ na festiwale, maluje w różnych częściach świata, ale uprawia także malarstwo sztalugowe. Kwarantannę spędzał w rodzinnym Szczecinie i tu też pozostawił po sobie ślad.

Malarstwo sztalugowe czy murale, co było u ciebie pierwsze?

Street art uprawiam równolegle z malarstwem sztalugowym, ale faktycznie jest tak, że graffiti w moim życiu pojawiło się jako pierwsze. Jako dzieciak byłem nim zafascynowany, całym ruchem. Przejeżdżając przez miasto oglądałem budynki, mury i później w domu próbowałem przekopiować na kartkę to, co robili starsi koledzy. Teraz inspiracje czerpie zewsząd, z tego co mnie otacza. Rzeczywistość, w której żyjemy praktycznie codziennie dostarcza nowe tematy.

Co jest temat twoich prac? Malujesz ludzi, w różnych sytuacjach. To przypadkowe czy  jest w tym jakaś historia?

Każda moja praca jest oparta o jakąś narrację. Zawsze zawiera tytuł i element, który jest wskazówką. Próbuję w ten sposób coś przekazać ale jest to przekaz niewerbalny, oparty nie na słowie tylko raczej na klimacie. Ostania moja praca zatytułowana „Lights Out” wyraża to co ostatnio dzieje się wokół nas, w społeczeństwie, cały ten dziwny czas związany z pandemią. Jest trochę mroczna, trochę sarkastyczna. Ma to zapewne związek z moim poczuciem humoru, który jest czarny, do tego zabarwiony odrobiną ironii i cynizmu. Generalnie trudno mi się o tym mówi, bo gdybym to potrafił to pewnie bym nie malował (śmiech).

Co ciebie pociąga w street arcie?

W street arcie, w graffiti pociąga mnie jego antysystemowość. Malując można przemycić ważne treści, które  mają większą szansę na trafienie do odbiorcy niż dzieła pokazywane w galerii. Pomimo iż jestem dzieciakiem, który popłyną na fali mody na malowanie na zewnątrz, to ruch ten czy zjawisko, obserwuje od początku jego narodzin czyli lat 60. i tego co się działo od lat 70. w Nowym Jorku. Ruch ten miał zabawowy i rebeliancki charakter. Z czasem się skomercjalizował, został uznany
w świecie sztuki, zaczął się sprzedawać, co też jest fajne bo dzięki temu artyści mogą z tego żyć i  robić swoje rzeczy dalej. Natomiast w moich osobistych przemyśleniach, pojawia się zgrzyt pomiędzy antysystemowym charakterem graffiti a jego popularnością i komercyjną stroną. Te cechy ze sobą kontrastują ale też fajnie się je przedstawia na  muralach. Ogólnie w komercyjnych zleceniach unika się np. treści politycznych, głównie dlatego by uniknąć związanego z tym zamieszania. Trochę szkoda. Marzy mi się by zrobić coś takiego legalnie, coś co wręcz wywoła oburzenie u odbiorcy.

Także skala tych prac, czasem ogromna, jest bardzo pociągająca i przez to siła przekazu jest większa. Jako artysta nie czuję się ograniczony kawałkiem płótna czy papieru. Dla mnie ten rodzaj sztuki to także sport. W malowanie np. ściany zaangażowane jest niemal całe ciało, gest ręki jest znacznie większy i głębszy niz w malarstwie sztalugowym. Fizyczna strona street artu jest bardzo fajna, traktuję ją również jako rekreację.

No właśnie, takie ogromne rzeczy, chyba nie łatwo się maluje. To zupełnie coś innego niż kawałek płótna czy papieru. Masz na to jakiś techniczny patent?

To kwestia praktyki. Zaczynałem od małych rzeczy i z czasem zacząłem malować na co raz większym formacie. Może wyglądać to tak, że robi się kilka pociągnięć i odchodzi od ściany żeby spojrzeć na to co się stworzyło z dystansu. Niektóre osoby używają projektorów, siatek, skalują projekty na kartce i później to wrzucają na ścianę. Ja póki co wszystko robię z tzw. ręki. To pozwala na większą spontaniczność i pozwala uzyskać takie efekty, jakie daje mały format. Zazwyczaj szukam punktu odniesienia, w przypadku twarzy może być to np. nos od którego zaczynam malować i wokół którego buduję cały obraz. Nie stworzyłem jeszcze nic naprawdę ogromnego wiec nie wykluczam, że nie z skorzystam z materiałów pomocniczych. Czas pokaże, co się wydarzy.

Dziękuję za rozmowę.

 

 
4( 137)
Lipiec'20
gajda