A to się porobiło

Autor

Krzysztof Bobala

Byłem pod koniec lutego na nartach w Austrii. Przyznaję się bez bicia. Potem nawet dosyć mocno kaszlałem przez kilka dni, więc niektórzy są przekonani, że padłem ofiarą COVID-19. Myślę, że nie, bo nie miałem wysokiej gorączki. Tyle tytułem wstępu. Kiedy na przełomie lutego i marca w gronie znajomych, przy butelce wina, żartowaliśmy na temat mojego wirusa, nikt, ale to dosłownie nikt nie sądził, że już za kilka dni świat i Polska zmienią się tak bardzo i to na kilka miesięcy. Straszne słowo pandemia. Patrzyliśmy na Chiny, Włochy, potem Hiszpanię z coraz większym zdziwieniem i przede wszystkim obawą. Co będzie z nami, co stanie się z firmą, co z turniejem, kiedy to się skończy. Nie ukrywam, że wtedy byłem jeszcze optymistą. Liczyłem, jak pewnie wielu mi podobnych, że dwa miesiące i wirus odpuści. Jak bardzo się myliłem. Najpierw o rok przesunięto Igrzyska Olimpijskie i piłkarskie Euro, potem odwoływano imprezę po imprezie. Stanęły piłkarskie, siatkarskie, żużlowe i inne ligi. Kolejne turnieje tenisowe informowały o rezygnacji lub przeniesieniu na inny termin. Po raz pierwszy od wojny nie odbył się Wimbledon. A my zostaliśmy w domach. Bez sportu, bez możliwości jakiejkolwiek aktywności fizycznej, poza tą uprawianą w czterech ścianach. Życie mocno zwolniło. Tak fajnie było spędzić tyle czasu z rodziną, pograć w „chińczyka” czy kanastę. Wspaniały czas nadrabiania zaległości, które powstały, kiedy życie i praca zasuwały jak bolidy formuły pierwszej. Jedno co mi osobiście przeszkadzało to brak profesjonalnego sportu. Ja zwariowany kibic, namiętnie oglądający Eurosport czy Polsat Sport, nagle zostałem odcięty od emocji. Na początku nie było jeszcze tak źle, ba, uroniłem nawet kilka łez, oglądając największe sukcesy polskich siatkarzy (piłkarzy nożnych nie oglądałem, bo tam ekscytowali się jakimiś pojedynczymi zwycięstwami, a nie sukcesami na dużych imprezach, bo takich przecież ostatnio nie było). Ale kiedy po raz szesnasty emitowali ten sam mecz naszych siatkarskich mistrzów z Brazylią czy po raz dwunasty wygraną Hurkacz z Cilicem przestało mnie to interesować. Sportowe kanały zniknęły z ulubionych. Po jakimś czasie, atakowany mailami czy reklamami sportowych stacji, wróciłem. I co zobaczyłem? Rywalizację w różnych e-sportach, których niestety nie uważam za prawdziwy sport, wyścigi kolarzy na trenażerach i mój ukochany tenis w wersji w czterech kwartach na czas i z jakimiś kartami, które zabierają przeciwnikowi serwis. Potem ruszyła ligowa piłka kopana w różnych krajach. Obejrzałem dwa mecze Bayernu, ze względu na Roberta Lewandowskiego, ale ciężko ogląda się mecz, gdzie zamiast kibiców są kartonowe postaci, a brawa po udanych akcjach płyną z głośników. Dopiero teraz widać jak ważny jest kibic, jak ważna jest atmosfera i oprawa na stadionie czy w hali. Bez kibiców ciężko się to ogląda. Do tego samego wniosku doszedł Novak Djokovic i postanowił zorganizować pokazowy turniej tenisowy z kibicami. Adria Tour się zakończyła, ale jej skutki odczuwają zarówno tenisiści, jak i przede wszystkim sam Novak. Kilku tenisistów zarażonych, kilkudziesięciu kibiców również. To pokazuje, że z COVID-19 nie ma żartów. Nie wiem, czy nieodpowiedzialne działania Djokovica będą miały negatywny wpływ na rozgrywki ATP czy WTA, ale to pokazuje po jak cienkim lodzie stąpamy i jak niewiele możemy zdziałać  w walce z pandemią, kiedy tylko zapominamy o tych wszystkich sanitarnych zasadach, z maseczkami i dystansem społecznym na czele. Pilnujmy się i pozostańmy rozsądni. Bo w przypadku pandemii rozsądek oznacza zdrowie. Czego wszystkim Czytelnikom Prestiżu życzę.

 
4( 137)
Lipiec'20